David Mitchell: “Atlas chmur” – opis, omówienie, recenzja, rekomendacja

3 lipiec, 2026 22:15 Zostaw komentarz

Zdjęcie autora 

„Atlas chmur” to powieść, która dostarcza wiele przyjemności nawet czytelnikom z dużym stażem, czyli takim, których byle jaka historia w rozpoznawalnej formie nie zadowoli ani trochę. Jak każdy rozbudowany utwór, chwilami „Atlas chmur” kogoś znuży albo zirytuje, ale oferuje takie złożone bogactwo światów, że pozostałe partie wynagrodzą z nawiązką trud zmagania się z tekstem w jakimś innym miejscu. Dzieło jest wirtuozerskie w warstwie językowej, pełne oryginalnych zastosowań często znanych literackich chwytów, zaskakujące. Trochę przypomina mozaikę, pewnie utwór muzyczny na kilka instrumentów. Ma swoje tajemnice i pozwala je odkrywać powoli. 

I teraz uwaga, Mitchell pisze jedną powieść w kilku różnych opowieściach delikatnie powiązanych z sobą. Trochę tu kompozycji szkatułkowej, ale, jako się rzekło, nieschematycznie zastosowanej.

David Mitchell wykorzystuje swoje fenomenalne pisarskie umiejętności, sprawnie budując świat powieści historycznej osadzonej na rozległych przestrzeniach Oceanu Spokojnego, w świecie żeglarzy, handlarzy, oszustów, niewolników, misjonarzy XIX stulecia ale też tworząc akcję thrillera w rzeczywistości Kaliforni XX wieku, gdzie ścierają się dziennikarka, emerytowany policjant, garstka hippisów ze skorumpowanymi politykami, płatnymi mordercami i wielkim biznesem.

Ubawi czytającego do łez, jak sądzę, powieść w listach młodego, bogatego, ale wydziedziczonego przez ojca, studenta Cambridge, mającego zadatki na świetnego kompozytora homoseksualisty wdającego się w erotyczne przygody i romanse z przedstawicielami obu płci. Bohater tej części umieszczonej w okresie między dwiema wielkimi wojnami to uciekający przed wierzycielami, wiecznie bez forsy, niepozbawiony wdzięku oszust i złodziejaszek, wywodzący się ze znakomitej rodziny, świetnie wykształcony, poszukiwacz miłości i oparcia. Tu erudycja, wiedza muzyczna Mitchella i znajomość światka muzyków wprost imponuje. Oczywiście, nie brak satyrycznych obrazków europejskich elit. Podobnie jest w partiach odsłaniających londyńskie środowisko współczesnych nam pisarzy, wydawców i krytyków. Narracja kipi od złośliwości pod adresem tych właśnie grup, ale też kolei, firm żyjących z organizacji komunikacji publicznej, ich pracowników, bałaganu, absurdów, lekceważenia potrzeb klienta i zobowiązań wynikających ze sprzedania komuś biletu.

To nie wszystko. W innych fragmentach dzieła czytelnik wkracza do świata postapokaliptycznego, w którym ludzkość cofnięta do poziomu plemiennych walk, zanurzona świadomością w mitycznej tkance wierzeń styka się z grupami ocalałych, którzy przechowali część technologicznych zdobyczy i cywilizacyjny dorobek nowoczesności. Mitchell zabiera nas także do dystopii, przedstawiając Ziemię zmienioną przez walczące z sobą korporacje, gdzie roboty mogą osiągnąć zarówno poznawcze jak i etyczne najwyższe kompetencje człowieka. Klasa średnia walczy tam, by nie zsunąć się do warstwy nędzarzy, a czytelnik widzi analogie do „Roku 1984” i „Nowego wspaniałego świata”.

Wydaje się, że motywem łączącym głównych bohaterów tych historii jest ucieczka. To outsiderzy, czasem obdarzeni wyjątkowymi umiejętnościami, których otoczenie u nich nie toleruje, dziwacy, ludzie pogubieni, ale walczący o swoje prawo do życia, kształtowania rzeczywistości, bycia twórczym, cieszenia się każdą chwilą, wolnością wbrew wszystkim i wszystkiemu. Wśród banitów i poszukiwanych trafi się maoryski niewolnik, wyniesiony ku światłu poznania robot i grupka wesołych, niepokornych staruszków dających brawurowo dyla z domu opieki, gdzie trzyma się ich pod kluczem. Poniewierają się w tej grupie też niepoprawni naiwniacy, poczciwcy, uczciwi wśród łajdaków, ale ci, wiadomo, od pewnego momentu zawsze muszą podporządkować się albo walczyć o życie.

Co sprawiło jednak, że dość szybko zdecydowałem się zarekomendować Wam tę powieść i gorąco polecić? Stało się tak, ponieważ należy do grona szlachetnych tekstów naszej kultury, które przypominają, że stoimy jako gatunek wciąż przed tym samym dylematem: rozwijać swe drapieżcze umiejętności, bić o władzę, dominację, zasoby czy poskramiać te naturalne odruchy i skłonności? Pierwsza droga wyniosła nas na szczyty ewolucji i pozwoliła wygrać z innymi istotami, sprzyjała rozwojowi technologicznemu, organizacyjnemu, ale ludźmi czyni nas jednak coś przeciwnego: zdolność do zatrzymania się, protestu, podania ręki nękanemu przez otoczenie i los bliźniemu.

Mitchell podsuwa nam pytanie, nie wprost, oczywiście: jakie ukryte siły skłaniają wielu z nas do walki o coś ważnego, do przeciwstawienia się złu, krzywdzie, wykorzystywaniu słabych przez silnych, do podjęcia ryzyka, a nawet poświęcenia się, do udzielenia pomocy.

Autor poszukuje subtelnych impulsów kierujących działaniami ludzi, niezauważalnych powiązań między nami, znaków specyficznego pokrewieństwa. Nie daje odpowiedzi, sugeruje, że one gdzieś są.

Ponad sześćset stron dobrze wykonanej pisarskiej roboty, choć, jak to też już zaznaczałem, nie wszystko mi się podobało.

Całość otwiera dziennik pacyficzny Adama Ewinga, notariusza z San Francisco w Kaliforni, którego obowiązki zawodowe zmusiły do podróży aż do Nowej Południowej Walii w Australii, a z powodu zdarzeń losowych jakiś czas przymusowo przebywał na wyspach Chatham, 800 kilometrów na wschód od Nowej Zelandii. Tam poznał dzieje ludu Moriori zniewolonego później przez swoich współbraci, wojowniczych Maorysów. Bogobojny, religijny prawnik z różnych powodów nie miał najprostszej i najbezpieczniejszej drogi powrotnej do domu, niewiele brakło, by stracił życie. Statek, którym płynął, zatrzymał się jeszcze na Raiatei w Polinezji Francuskiej. Przed oczami Ewinga przewija się niezwykła mozaika postaci obarczonych najcięższymi ludzkimi grzechami, różnych narodowości i profesji. Poławiacze fok, wielorybnicy, hochsztaplerzy podający się za lekarzy, wagabundzi, oficerowie sadyści i kapitanowie brutale, duchowni ujawniający talenty przedsiębiorców, uciekinierzy z kolonii. Język tych części sprawia trochę trudności w lekturze i nie wiem, czy stylizacja historyczna, próba „postarzenia” mowy Ewinga i osób, z którymi się zetknął, wyszła najszczęśliwiej. Trzeba przyznać, że dla tłumacza musiało to być zadanie niełatwe.

Odruch wymiotny pojawił się u mnie, kiedy zacząłem czytać o zagadce Luisy Rey. Schematyzm historii, postaci po prostu wywołał reakcję obronną organizmu. Dzielna, bezkompromisowa dziennikarka, feministka otrząsająca się po rozstaniu z partnerem, opiekująca się zaniedbanym dzieciakiem z sąsiedztwa podejmuje odważną walkę z potężnym układem polityków i przedsiębiorców, którzy wbrew zagrożeniu chcą uruchomić elektrownię jądrową, choć specjaliści, kolejno uciszani bądź zastraszani mają dowody na wady projektu zagrażające bezpieczeństwu ludności całego stanu. Na szczęście autorowi nie zabrakło pomysłów i wyobraźni, by jednak całą tę historię uratować, a czytelnika nie zanudzić na śmierć. Trochę się zrobiło nawet ciekawie. W Posłowiu sam Mitchell przyznał, że odwołał się w tych partiach tekstu do tak zwanego thrillera lotniskowego, gatunku literatury inaczej kiedyś u nas nazywanej wagonową. Siedzisz, czekasz, aż dojedziesz albo będziesz miał wreszcie lot. Czytasz byle co wtedy.

Listy z Zedelghem ubawiły mnie setnie. Bezwstydny kombinator wywodzący się z tak zwanej znakomitej rodziny, idący do łóżka ze stewardem na statku, postanawia, by przeżyć, namówić żyjącego w Belgii starzejącego w dramatycznym tempie wybitnego kompozytora do tego, by przyjął go do swego domu, zapewnił utrzymanie w zamian za pełnienie roli sekretarza, inteligentnej maszyny do pisania, gdyby zapis nutowy mógł być, oczywiście, nanoszony w ten sposób. Jak to bywa jednak w życiu, łowczy z czasem zamieni się w zwierzynę i zorientuje, że to on jest wykorzystywany, jego oryginalne pomysły bezpardonowo zawłaszczane przez muzyka, a życie intymno-rodzinne pary właścicieli rezydencji zawiera wiele pikantnych tajemnic.  

No cóż, pewnej części elit nie można odmówić inteligencji, dystansu, ciętego języka, poczucia humoru i braku jakichkolwiek zahamowań w obsmarowywaniu wszystkich i wszystkiego, także siebie nawzajem. Zajmują najwyższe miejsca w społeczeństwie, więc nie ma dla nich świętości, tematów tabu, a i sami patrząc z bliska na najwyższe warstwy, wiedzą, ile w powadze autorytetów i aurze wyjątkowości gry, pozorów, pudru i blagi.

Przeurocze było też rozpoznanie, jak prowadzony biznes wydawniczy przez Timothy’ego Cavendisha, weterana branży w Londynie „ciągnął” na samych długach i przez lata niepłaconych zobowiązaniach i jakie to szczęśliwie nieszczęśliwe zdarzenie przyniosło nieoczekiwanie gigantyczne dochody, i że to właśnie sprowadziło na właściciela poważne kłopoty. Mocną, naprawdę mocną stroną powieści Mitchella jest poczucie humoru. Podziwiam, jak pisarz potrafi sprawnie zmieniać style, dostosowując je do opisywanych środowisk, świadomości bohaterów i autorów opowieści bądź wyznań. Cięty, a nawet bezlitosny dla bliźnich i siebie samego jest język próbującego ratować się rozpaczliwie przedsiębiorcy, pozbawionego złudzeń znawcy światka dziennikarzy i lizusów, obeznanego jak mało kto z gromadami tropicieli pieniędzy, promocji, dotacji i nagród. 

Duże uznanie budzi też zbudowanie w konwencji science-fiction rzeczywistości jutra, wymyślenie procesu rozwoju świadomości fabrykanty, robota pracującego w lokalu fastfoodowej sieciówki. Nie lada wyzwaniem dla Mitchella, z którym świetnie sobie poradził, musiało być też pokazanie, jak w wyobraźni, zbiorze dostępnych pojęć, w sferze emocji mogło rysować się dla zepchniętych do poziomu życia plemiennego ludzi spotkanie z istotami podobnymi do nich, ale jakby z innego świata, wyższymi. Nazywali ich Profetami. Oni reprezentowali cząsteczkę cywilizacji, która przetrwała Upadek, tajemnicze zdarzenie, katastrofę, która cofnęła większość ocalałej ludzkość w głąb przeszłości. Profeci starali się jak najmniej ingerować w kulturę młodszych braci, choć na celu mieli ochronienie zredukowanej liczebnie ludzkości, zabezpieczenie przed wymarciem choćby z powodu jakiejś zakaźnej choroby. Meronym, Profetka wraz z jednym z mieszkańców Dziewięciu Dolin bliżej się zaprzyjaźniła, co dało okazję do rozmów o ścieraniu się w świecie i każdym człowieku z osobna cywilizacji i dzikości.

Czytający może dostrzec pewne podobieństwo powieści  Mitchella z kompozycją muzyczną, w której różne motywy ze sobą korespondują, współgrają, dopełniają się, a na ślady tych wewnętrznych dialogów wpadnie uważny obserwator.

Dla przykładu: kiedy Timothy Cavendish chciał wywalczyć od firmy zwrot pieniędzy za bilet bądź wykonanie usługi do końca, nabierał przekonania, że pracownicy, z którymi rozmawia są automatami. „Pani od biletów, której pryszcze aż bulgotały, gdy się na nie patrzyło, była równie pancerna, jak jej koleżanka z King’s Cross. Korporacja hoduje je z tych samych komórek macierzystych?” No cóż, poradziła mu, żeby się cieszył, że pociąg się nie wykoleił, a na pytanie o miejsce do złożenia reklamacji odpowiedziała, że chyba najlepiej spróbować w Helsinkach, ponieważ SouthNet jest własnością holdingu z Düsseldorfu, który należy do fińskiego koncernu telekomunikacyjnego.

W dystopijnej opowieści fabrykanta Yoona za to, że nie witała jedzących z odpowiednim zaangażowaniem, musiała za karę recytować Powitanie Papy Songa pięćdziesiąt razy: „Dzień dobry! Mam na imię Yoona! Przeczytaj nasze menu i złóż zamówienie! Wszystko tak pyszne, że aż rozpływa się w ustach. Nie ma jak u Papy Songa!”

Mam wrażenie, że duże firmy robią z pracowników niższego szczebla siepaczy, stosujących z zupełną obojętnością głupie i bezczelne zagrywki wobec klientów zlecone przez kierownictwo i zarząd. Niektórzy się sprawdzają w tej roli, ale wiem, że nie wszyscy. 

Poniżej wkleję Wam link do omówienia filmu „Moon”, w którym to robot, komputer oraz klony ludzi mają w sobie o wiele więcej człowieczeństwa niż ci, którzy je zbudowali, wyhodowali, stworzyli i wysłali w kosmos.

Powiem Wam, że mało jest książek, które wkrótce po zakończeniu lektury chcę przeczytać jeszcze raz. Nie wszystko zrozumiałem, mam świadomość, że wiele mi umknęło.

Poniżej linki do materiałów na stronie. Zapraszam, zachęcam, namawiam do korzystania. Funkcjonowanie bazy wiedzy, jej popularność, docieranie do nowych czytelników to forma długofalowej promocji, reklamy mojej mikrofirmy i prezentowania wiedzy, zainteresowań oraz pasji.

Dlatego, jeśli możecie, posyłajcie znajomym teksty, które się spodobały, wypychajcie je dalej w świat i sami koniecznie tu wracajcie.  

UWAGA!

Linki do omówień, analiz, opisów. Żadne z kliknięć nie przeniesie Was poza tę stronę. 

Poniżej wybór artykułów, wpisów poświęconych książkom pokazującym starcie szlachetności z nikczemnością, heroizmu dobra z biologicznym determinizmem:

Harper Lee: „Zabić drozda”

John Steinbeck: „Na wschód od Edenu”

John Steinbeck: “Myszy i ludzie”

William Golding: „Władca much”

Ken Kesey: „Lot nad kukułczym gniazdem”

Charles Dickens: „Opowieść wigilijna”

William Shakespeare: „Król Lear”

Umberto Eco: Imię róży

Kilka omówień i rekomendacji filmów według tego samego “klucza”:

Majid Majidi: “Dzieci niebios” 

Robert Zemeckis: Forrest Gump”

Mel Gibson: “Przełęcz ocalonych”

Frank Darabont: “Skazani na Shawshank”

Duncan Jones: „Moon”

Harold Ramis: “Dzień świstaka”

Peter Kosminsky: “Biały oleander”

Fred Zinnemann: “W samo południe”

A poniżej jeszcze kilka propozycji omówień filmów prezentujących przyszłość w niewesołych barwach:

Christopher Nolan: „Interstellar”

Mike Judge: „Idiokracja”

James Cameron: “Avatar”

I pod wieloma względami profetyczna powieść:

Ray Bradbury: „451 stopni Fahrenheita”

Eksplorujcie zasoby bazy wiedzy. Sprawdźcie, czym zawodowo zajmuje się jej właściciel i autor wszystkich tekstów. Korzystajcie, zwłaszcza jeśli jesteście maturzystami, studentami, nauczycielami. 

 

Kategoria:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *