Stanley Kubrick: “2001: Odyseja kosmiczna” – omówienie, opracowanie, analiza, opis, recenzja

7 sierpnia, 2021 18:47 Zostaw komentarz

Odyseja kosmiczna 2001” – Stanleya Kubricka to dzieło należące bez wątpienia do klasyki kina science fiction. Obraz z roku 1968 pod pewnymi względami nieco się zestarzał. Tempo narracji prawdopodobnie dla większości współczesnych widzów jest zbyt wolne. Pozostaje jednak coś, co czyni ten film mocnym, przejmującym, może nawet w człowieczej perspektywie nieśmiertelnym. Kubrick w skrótowy, symboliczny sposób ukazał historię ludzkości, zaczynając od jej mrocznych narodzin i wykraczając daleko w przód. Przedstawił śmiało zagadki, nawet tajemnice naszego istnienia, nade wszystko samotność, z której na co dzień chyba nawet nie zdajemy sobie sprawy. Reżyser wydobył też słabości gatunku homo sapiens i krytycznie ukazał powszechne marzenie o wiecznym trwaniu, bez wyobrażenia, co się z nim może wiązać. 

Oczywiście, że „2001: Odyseję kosmiczną” polecam uwadze Nauczycieli i Uczniów. Dużo w niej istotnych aluzji nie tylko do dzieła Homera i mitu o Odyseuszu, ale także do Biblii. Autor odnosi się do rozważań naukowców o pochodzeniu nie tyle życia na Ziemi, co cywilizacji i źródeł rozkwitu religii, kultury, nauki i sztuki. Ważnym elementem dzieła jest dźwięk, muzyka, partie chóralne. Trudno wyobrazić sobie mówienie o rzeczywistości przeczuwanej, odbieranej intuicyjnie, w sposób inny niż symboliczny.

Symbolem kluczowym jest monolit, bryła doskonale wygładzona z idealnie prostymi krawędziami. Pojawia się znikąd dwukrotnie w dziejach gatunku. Jej pochodzenie jest nieznane, być może stanowi ingerencję kosmitów w losy Ziemian, a może jest darem Boga lub bogów.

Fabułę otwiera wizja początków ludzkości. Gromadka istot przypominających wyglądem małpy skubie zieleninę, łowi w futrze współplemieńców insekty, odgania od bajorka konkurentów, uczy się walki, a po dłuższym czasie nawet posługiwania prymitywnym narzędziem. Ich język to warknięcia, piski, pohukiwania, chaotyczne gesty górnych kończyn. Przed stadem istot pojawia się wspomniany monolit, nieoczekiwanie, nagle. Budzi lęk, irytację, podekscytowanie.

Wszystko.

Skojarzy się niektórym z tablicą prawa, może przykazaniami zniesionymi z góry przez Mojżesza. Widzę w nim wieloznaczny ze swej natury symbol.

Od tej chwili przeniesieni jesteśmy w przyszłość wielkich stacji kosmicznych, lotów międzyplanetarnych tak pospolitych, jak podróż samolotem na wakacje.

Kubrick czyni aluzję do rywalizacji między narodami o zdobycie kluczowych informacji zapewniających przewagę, ale też z optymizmem sugeruje bliską współpracę Amerykanów i Sowietów w badaniu i podboju wielkich przestrzeni pozaziemskich.

W pewnych szczegółach twórcy filmu bardzo dużo przemyśleli. Astronauci i naukowcy, a także personel pokładowy to ludzie uprzejmi, życzliwi, choć ich komunikacja jest zdawkowa, powierzchowna, uwięziona w kontekście codzienności, spraw rodzinnych i zawodowych. Pod niektórymi względami zmiana w stosunku do porozumiewawczych dźwięków człekomałp nie nastąpiła chyba wcale.  

Mamy czas nad tym wszystkim się zastanowić. Autorzy go nam nie pożałowali. Sceny przedstawiające ruch statków kosmicznych, ich dokowanie, lądowania ciągną się niesamowicie. Musimy to jednak zrozumieć. W roku 1903 pierwszy samolot wzbił się w powietrze, w 1961 Jurij Gagarin odbył swój pionierski lot, a dopiero w 1969 człowiek stanął na Księżycu. Obrazy ruchu pojazdów w wielkich przestrzeniach musiały upajać, czarować magią nieodkrytej do końca nowości uwalniającej ludzi od grawitacji i przywiązania do planety – matki. Stewardesy i recepcjonistki na stacji kosmicznej noszą gustowne toczki i poruczają się w warunkach braku przyciągania dzięki butom na przylepcach. Doktor Floyd w tych samych okolicznościach przed skorzystaniem z toalety musi, o jakże mu współczujemy, zapoznać się z długą instrukcją obsługi. Kubrick przy okazji reklamuje sieć hoteli Hilton i nieistniejące dziś już linie lotnicze „Pan American”.

Dynamika filmowej narracji „Interstellar” jest nieporównanie szybsza, ujęcia, montaż, efekty specjalne atrakcyjniejsze o wiele dla współczesnego odbiorcy. Jest jednak kino sci-fi kameralne, nastrojowe, oszczędne w środkach wyrazu, jak na przykład „Moon”.

Wspomniane obrazy, opisane na tym blogu także, łączą z „Odyseją kosmiczną 2001” motywy tęsknoty, komunikowania się pilotów, odkrywców z członkami rodzin, którzy żyją sobie „po staremu” i czekają, czasem bardzo tęsknią, a czasem nie. 

Tak więc monolit pojawia się, a może właściwsze byłoby „objawia się” Ziemianom po raz kolejny na Księżycu, gdzie odkrywają go dzięki działaniu jego silnego pola magnetycznego. Badacze są zdumieni zarówno jego doskonałym kształtem, jak i trudnym do określenia pochodzeniem. Bryła tym razem okazuje się niebezpieczna.

Półtora roku później w kierunku Jowisza wyrusza załogowa misja. Jak należy przypuszczać, monolit stał się źródłem kolejnego skoku w przyszłość, choć szczegółów nie poznajemy do razu. Dążenie do poznania wypycha ludzi w drogę.

Na potężnym statku jest pięciu astronautów. Korzystają ze wsparcia najnowszego cudu nauki i techniki: inteligentnego komputera najnowszej generacji. Podczas rozmów podróżników z mediami z Ziemi pojawia się kwestia emocji odczuwanych przez maszynę. Ma ona te funkcje wbudowane, by mogła lepiej porozumiewać się z ludźmi. Komputer wyznaje, że posiada świadomość. To istotne szczegóły. Uczucie i świadomość stają się przyczyną buntu i dążenia do wyeliminowania z misji ludzi traktowanych przez komputer jako zagrożenie dla niej.

HAL 9000 podejmuje grę z odpowiedzialnymi za lot pojazdu członkami załogi. Mamy wrażenie, że sprawdza, jak zareagują na jego ewidentny błąd. Kiedy astronauci dochodzą do wniosku, że część nadrzędnych funkcji komputera należy wyłączyć, doprowadza do śmierci zahibernowanej trójki naukowców oraz jednego z pilotów. Żywy pozostaje tylko jeden, Dave Bowman i to on wychodzi zwycięsko z próby starcia z maszyną.

Stary to motyw, a lęk żywy także dziś. Jedni zafascynowani są możliwościami sztucznych inteligencji, inni ostrzegają przed zbyt wielkim ich udziałem w życiu ludzi.

Już Mary Scheley w romantycznej, tak tak – romantycznej, powieści „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” pokazała, jak tragicznie w powoływaniu do życia nowego bytu może skończyć się przeoczenie siły oddziaływania uczuć.

Kubrick zdaje się sugerować, że ludzkość ostatecznie śmiertelny cios zada sobie własną ręką. Fabuła „Matrixa” za fundament miała także bunt maszyn i próbę odzyskania władzy i wolności przez Ziemian z krwi i kości. Tylko roboty wojskowe z “Interstellara” są wyjątkowo posłuszne i spolegliwe.

W świecie wymyślonym przez Kubricka nie wdrożono trzech praw robotów stworzonych w 1942 roku przez Asimova, a pamiętajmy, że choć poddano je krytyce, to otworzyły one dyskusję na temat zasad ułożenia sobie dobrych stosunków przez ludzi ze sztucznymi inteligencjami. Tematu nie rozwijam, znajdziecie informacji dużo w sieci.

Kiedy doktor Dave Bowman usunął część wyższych funkcji komputera pokładowego, uruchomił odtwarzanie wiadomości ukrytej przed ludźmi z załogi, a przechowywanej w pamięci HAL-a 9000. 

Jej treść przeznaczona była do przekazania astronautom dopiero tuż przed dotarciem do celu wyprawy. Otóż na Księżycu w pobliżu krateru „Kraków” znaleziono 12 metrów pod powierzchnią monolit, który tkwił w ukryciu 4 miliony lat. Po odkopaniu wysłał w kierunku Jowisza sygnał, a potem nie wykazywał aktywności. To – zdaniem spikera – pierwszy dowód na istnienie inteligentnego życia pozaziemskiego. Wiadomość skrywana była przed członkami załogi, nie licząc HALA-a.

Dave, choć już zupełnie sam, odważnie zmierza do Jowisza. Powraca motyw monolitu, tym razem zawieszonego w przestrzeni. Astronauta w kapsule dociera do powierzchni planety, choć w przypadku tego ciała niebieskiego wiemy, że trudno mówić o czymś takim w ścisłym rozumieniu słowa „powierzchnia”.  Trafia do czegoś w rodzaju hotelu, widzi klasycystyczne, „zimne” wnętrza, zadbany pokój. Dostrzega też samego siebie jako starca. Ostatnie sceny filmu to jak realizacja koncepcji Witkiewiczowskiej „czystej formy”. Poszczególne motywy, obrazy pozostawiają ogromne pole do interpretacji. Uderzająca jest samotność człowieka, porządek, niemal nierealistyczna czystość. Może wymarzona i oczekiwana przez nas wieczność i nieśmiertelność pozostają uwięzione w ryzach ludzkiej wyobraźni. Nie potrafimy zapragnąć i wystawić sobie niczego więcej poza tym, co znamy. Nieśmiertelność Dave’a to pobyt w hotelu, domu starców… Bohater obserwuje niejako z zewnątrz swoje ostatnie chwile. Po biologicznej śmierci powraca do życia prenatalnego, embrionalnego. Czas być może zatacza koło. Przed wielkim łożem unosi się monolit. Życie z Jowisza prawdopodobnie wędruje z powrotem na Ziemię, zaczyna się. Wszystko trwa w cyklu, to wieczność. 

„Odyseja kosmiczna 2001” jest przykładem filmu ze znakomicie pomyślaną i zrealizowaną ścieżką dźwiękową. Ilustruje ona zarówno pierwotny lęk, jak i dążenie ludzi do porządku, harmonii. Niesie potężny ładunek emocjonalny. Kubrick stworzył dzieło filozoficzne, niemal religijne. Nie ma w nim bóstwa, Boga, ale jest potężna, nieodgadniona siła kierująca życiem i pozwalająca człowiekowi rozwijać się, odkrywać kosmos i poznawać samego siebie.

„Odyseja kosmiczna 2001” obejmuje horyzont czasu niemal tak wielki jak „Biblia”, od prapoczątków ludzkości po upragnioną wieczność, choć Kubrick nie zaplanował Apokalipsy, ale w ostatniej pół godzinie dzieła nawiązał do wielkiego wybuchu.

Film znalazł swoje miejsce w historii sztuki. Autor połączył bowiem nadzieje ludzkości i wizje związane z oczekiwanym postępem naukowo-technicznym z czymś absolutnie pierwotnym i wspólnym dla wszystkich pokoleń – z odczuciem samotności człowieka we wszechświecie, marzeniem o zachowaniu życia, chęcią zrozumienia bytu, pochodzenia, poznania korzeni. A był to rok, przypomnę, 1968. O komputerowych animacjach nikt wówczas nie śnił.

Stanley Kubrick pozostawia nas, oczywiście, w stanie niepewności. Przemawia symbolami.

W tytule sięgnął do pierwszej znanej opowieści o podróży, wędrówce poznawczej, magicznej, w której nie wszystko zależy od bohatera. Jest nad nim świat bogów, którzy ostatecznie decydują o zakończeniu tułaczki i powrocie do domu.

Historia Odysa oparta jest na jednym z najważniejszych doświadczeń ludzi zarówno w wymiarze jednostkowym, jak i zbiorowym. Nasze życie jest wędrówką, podczas której stykamy się z dziwnością, z nieznanym, z niezrozumiałym, „oswajamy” świat, wchodzimy z nim w synergie, wykorzystujemy możliwości i angażujemy się w niebezpieczne konflikty.

Raczkujący malec jest Odysem i naukowcy wysyłający daleko w świat swoje sondy także.

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, rozwijaj w menu głównym zakładkę „Blog” i „klikaj” w podzakładkę „Film”. Eksploruj zasoby strony, która z jednej strony adresowana jest do uczniów przygotowujących się do egzaminów na koniec szkoły podstawowej i do matur, ale z drugiej do miłośników dobrej literatury i kina.

Polub, proszę, fanpejdż na Facebooku: „Klasyka Literatury i Filmu”. Podeślij link znajomym. Jeśli chcesz, możesz finansowo wspierać rozwój bazy wiedzy, wpłacając jakąś kwotę na konto firmy: Sztuka Słowa PL, Tomasz Filipowicz.

Nr: 15 2490 0005 0000 4500 8617 6460 

TytułemSERWIS EDUKACYJNY

Będę też wdzięczny, jeśli zainteresujesz ofertą Sztuki Słowa tych, którym mogą się przydać moje kompetencje i umiejętności. Powyżej znajduje się zakładka „Oferta”. Więcej o Sztuce Słowa na stronie: http://www.sztuka-slowa.pl

Może zainteresują Was artykuły o innych dziełach, w których fantastyka odgrywa rolę niebagatelną, ale ma zupełnie inny charakter niż w “2001: Odysei kosmicznej”. Zachęcam do zapoznania się z powieścią Gabriela Garcii Marqueza: “Miłość w czasach zarazy”. Nasuńcie kursor na tytuł i kliknijcie, a przeniesiecie się do omówienia tego dzieła. 

A tu inne propozycje: 

Stanisław Lem: “Solaris 

Tim Burton: “Gnijąca panna młoda” 

Staś Wyspiański: “Wesele” 

Juliusz Słowacki: “Balladyna”

William Szekspir: “Makbet” 

William Szekspir: “Hamlet” 

Charles Dickens: “Opowieść wigilijna” 

Kategoria:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *