Samos – wakacyjny wyjazd i obowiązkowa lektura

29 czerwiec, 2026 14:37 Zostaw komentarz

Kokkari wieczorem. Fotki powiększajcie sobie. 

Wiecie, że baza wiedzy: Klasyka literatury i filmu poświęcona jest sztuce słowa i kinu, a krótkie opisy wakacyjnych wyjazdów to przejaw mojej próżności, ekstrawagancji, nonszalancji i przekory. Możecie sobie wybrać z listy. Tu jednak rzeczy się łączą w znaczący dla mnie bardzo sposób. Otóż wspomniana w nagłówku „obowiązkowa lektura” to zbiór esejów Zbigniewa Herberta poświęcony przede wszystkim kulturze Grecji, gdzie jeden z rozdziałów nosi zagadkowy i intrygujący tytuł: „Sprawa Samos”. Do bagażu podręcznego zabierzcie zatem koniecznie „Labirynt nad morzem” Księcia Poetów, być może największego z największych literatury polskiej drugiej połowy XX wieku. 

Najpierw hołd dla poety. „Sprawa Samos”. Podobno przez ten właśnie rozdział Zbigniew Herbert nie mógł wydać całego swojego „Labiryntu nad morzem”. Władzom komunistycznym nie spodobały się uwagi dotyczące wolności słowa i demokracji ateńskiej. Czy muszę wspominać, że przesłanie eseju nie straciło na aktualności? Czy zdziwi kogoś, że pani reprezentująca polskie biuro podróży na miejscu, na Samos nie wiedziała nic o utworze Herberta?

Taka mała uwaga. Mogłaby przecież jedna z najbardziej liczących się na rynku firm branży turystycznej, jakaś, jak to się ładnie mówi, „z dbających o wizerunek” zadać sobie nieco trudu i wprowadzić do swojej „komunikacji z klientelą” fragmenty eseju. Zdziwilibyście się Państwo, jak wiele sekretnych, wbijających w fotel informacji wydobył z archiwów, bibliotek, mroków dziejów pan Herbert. A jego dorobek, bezcenny, warto promować. Nawet szkolne władze z epoki komunizmu nie posunęły się do takiej podłości, by Herberta z programów szkolnych usuwać. Czuły respekt przed wiedzą, kulturą, erudycją poety. Oczywiście, nękały go, ale była to umysłowość tak ceniona i w Europie Zachodniej, i w Stanach Zjednoczonych, że na zbyt wiele wobec niego PRL pozwolić sobie nie mógł.

A twórczość Herberta ostała się jeszcze we współczesnych szkolnych podręcznikach? Hmm. Dzisiejsza szkoła powszechna w wersji popularnej czyli obowiązkowej ma inne kluczowe cele. Wiedza, kultura nie są już na ich liście najważniejsze. 

Czy można nie zakochać się w krajobrazach Grecji? 

Cóż zatem w największym skrócie pisze Herbert w „Sprawie Samos”? Nie odbiorę Wam przyjemności czytania. Tylko pokrótce: najpierw opisuje wyspę. Ale jak to czyni? To poeta, rytm jego zdań ma moc przenoszenia w czasie i przestrzeni, jest niemal hipnotyzujący.

Dalej, wciąż pokrótce, przedstawia miejsce Samos, znaczenie wyspy na tle całej greckiej cywilizacji. Na zachętę: Herbert pisze, że gdy flota Aten dopiero się rodziła, statki, okręty maleńkiej Samos panowały niepodzielnie na Morzu Egejskim, docierając do Sycylii i Epiru, a gdy Dariusz przerzucał most przez Dunaj, nadzór nad pracami powierzył architektom z Samos, tak wielka była ich sława, o czym też w opisie mojej małej wyprawy więcej dalej znajdziecie.

Jak wiecie, karta szczęścia potrafi się jednak odwrócić. Ateny współorganizowały  potężny Związek Ateński dla zabezpieczenia całej wielkiej greckiej rodziny państw i państewek przed inwazją Persów, ale z czasem sojusz, stowarzyszenie  stało się narzędziem budowy dominacji samych Aten. I oto, a szerzej i o wiele ciekawiej pisze o tym Książę Poetów, w sporze między dwoma niezależnymi podmiotami, Samos i Miletem Perykles, wybitny polityk okresu świetności Aten postanowił wyznaczyć swej ojczyźnie rolę nie bezstronnego rozjemcy, ale niszczyciela samodzielności tego małego, ale dość silnego i mającego swoje ambicje państwa. W eseju Herberta znajdziecie dużo hipotez, śladów podsuwających rozmaite interpretacje wydarzeń, a także anegdotki o znanych osobistościach, choćby o autorze „Antygony”.

Fakt ważny: obywatelom Aten, państwa demokratycznego nie spodobała się wojna, w jakiej ich państwo naraziło na utratę życia dzielnych mężczyzn, społeczność na wielkie wydatki, by utopić we krwi aspiracje Samos do niezawisłości. Samos w sporze z Miletem organizowało już sobie sojuszników. Istniało też podejrzenie, że ze Związku Ateńskiego mogłoby wystąpić.

Wiecie już, o czym pisał Herbert? ZSRR też topiło we krwi próby wyrwania się z Układu Warszawskiego i Węgier, i Czechosłowacji, a w 1980 roku podczas festiwalu wolności pierwszej Solidarności wszyscy czekali, kiedy wejdą, bo że wejdą i nam tę zabawę w wolność zakończą, to było wiadomo. „Oni”, czyli Układ Warszawski. Skończył generał Jaruzelski.

W historii o brutalnym wdarciu się dominujących Aten w spór między Miletem i Samos można też zobaczyć dziś działania pewnego mocarstwa aspirującego do roli autorytetu w dziedzinie demokracji.

Nihil novi sub sole.  Nic nowego pod słońcem. 

Spojrzenie na Kokkari.

A teraz garść moich wrażeń, spostrzeżeń z Samos. Mała niezatłoczona wyspa, którą przy dobrej kondycji i sprawnej organizacji zwiedzicie samochodem w jeden dzień. Polecam zakotwiczenie się w okolicach Kokkari, urokliwego małego miasteczka, w pobliżu którego nie brak zatoczek, małych, kameralnych plaż, a w samej miejscowości licznych restauracyjek zwróconych ku morzu, z widokiem na niewielką przystań lub z leżakami i parasolami do plażowania. 

A to ja właśnie o tym.

Najciekawszą pozycją w programie będzie chyba Pitagorio ze znajdującym się nieco powyżej miasta tunelem Eupalinosa. Co to za dziwo? Ano w VI wieku przed naszą erą tyran Polikrates nakazał wybudowanie tunelu doprowadzającego wodę do miasta, by uczynić je odporniejszym na atak z zewnątrz i oblężenie. Bez wątpienia to jedno z największych osiągnięć inżynieryjnych epoki. Kopano go, ryto w skale z dwóch stron i błąd, który okazał się przy połączeniu, był stosunkowo niewielki, biorąc pod uwagę niedoskonałość metod pomiarowych tamtych czasów. 10 euro za wstęp, Wypożyczenie kasku wliczone w cenę. W środku jest 17 stopni Celsjusza. W sezonie o określonych porach wchodzi się z przewodnikiem. Nie trzeba długo czekać. 

Tunel – akwedukt.

Druga mała wyprawa warta czasu i niewielkiego wysiłku to zobaczenie jaskini, w której ukrywał się Pitagoras, matematyk i filozof, gdy popadł w konflikt z tyranem Polikratesem i musiał szukać schronienia. Wyspa jest niewielka, więc szybko dojedziecie do położonej już w górach miejscowości Marathokampos. Stamtąd wiedzie wąska, kręta droga do samej jaskini. Kilka kilometrów. Trochę na początku wygląda jak wjazd na czyjeś podwórko. Ma szerokość dobrą dla jednego auta. Mijanie się wymaga uwagi, a czasem znalezienia dobrego miejsca. Ruch na szczęście prawie żaden, nawierzchnia utrzymana we właściwym stanie, asfalt, jednak uważać należy bardzo, ponieważ zakręty za załom skały prowadzące nie pozwalają zobaczyć ewentualnie nadjeżdżającego z naprzeciwka auta. Nie ma zabezpieczającej barierki od strony urwiska, więc będziecie mieli trochę emocji, a o to przecież chodzi. U celu podróży podejście po schodach, strome, ale na kilkanaście, może dwadzieścia kilka minut. Widoki cudowne, góry, skały, w oddali morze. 

Już blisko celu. Powiększajcie zdjęcia. 

Myślicie, że to wszystko ode mnie? Nic podobnego. Dopiero się rozkręcam.

Teraz będzie coś o bladze. Słownik języka polskiego PWN podaje, że blaga to zmyślenia często obliczone na efekt.

Otóż, jednakowoż, aliści piszący te słowa przeczytał w Internecie, pewnie na stronach jakiegoś medium, a zatem autorem musiał być dziennikarz, content manager lub copywriter, że Polacy dzielą się na tych, którzy w Hotelu …ski byli i tych, którzy jeszcze nie wiedzą, że będą. Na kolana padłem przed tym konceptem reklamowym, dętym strasznie i tak pomyślałem, że co sobie będę żałował i w podobnej konwencji, dla zabawy napiszę o Samos. Swoją drogą, na marginesie, myślę, że zarządzający Hotelem …ski powinni zamówić w jakiejś azjatyckiej stoczni odpowiedni kadłub, wyrwać obiekt z gruntu, na którym, nie wiedzieć czemu, stoi, i posadowiwszy go na owym kadłubie posłać w świat na Karaiby na przykład. Przecież wygląda Hotel …ski z daleka jakby był właśnie wycieczkowcem wożącym turystów po morzach i oceanach.

Jako polonista patentowany cieszyłbym się już na samo łamanie sobie języka przez ludków z egzotycznych zakątków globu na tym naszym „ę” i „ł”. A i Reja słowa „iż Polacy nie gęsi i swój język mają” nabrałyby rumieńców i życia, więcej życia. 

Pod stopami i kratownicą prawie metr niżej ciąg rur właściwego akweduktu.

No to jedziemy.

Samos to najczęściej odwiedzane w tym sezonie miejsce przez śmietankę towarzyską z naszej ukochanej ojczyzny. Najdroższe lokale na Samos okupowane są przez Polaków. Innych klientów personel nie wpuszcza albo robi to niechętnie. W tańszych nieco restauracjach i barach jednorazowe napiwki zostawiane przez naszych rodaków obsłudze pozwalają jej opłacić rachunki za cały rok z góry. 

Wcześnie jeszcze to i pusto. Kokkari. 

Moje usługi na forach polecają sobie Amerykanie, Holendrzy, Japończycy i Niemcy. Uczę ich small talku po polsku, czyli gadki szmatki i podstawowych zwrotów. Też chcą dostać się do dobrej knajpy.

W przystani w Pitagorio wyłącznie jachty armatorów z Gdańska, Szczecina, Warszawy, Wrocławia i tak dalej. Na horyzoncie, w oddali, na pełnym morzu dobrze znane kontury ORP „Harnaś”, naszego lotniskowca o napędzie atomowym. 

W drodze do jaskini Pitagorasa. 

Jak? Że co? Lotniskowiec? Atomowy? Że skąd? Posłuchajcie, tyle ostatnio Ministerstwo Obrony Narodowej kupowało sprzętu, wyrzutnie, rakiety, drony, satelity, że no po prostu zamieszanie było, dużo obowiązków, a i dwie ekipy mijały się w tym galimatiasie, w biegu i potrzebie wielkiej, bo kto wie, może i Hannibal ante portas, wróg u bram – tłumaczę tym, co łaciny nie znają, że gdzieś umknęło. Zapytanie ofertowe poszło, zamówienie też, jakiegoś tam biurka nowa ekipa nie otwarła, do jakiejś szuflady nie zajrzano i … mamy lotniskowiec. Mamy lotniskowiec.

Ostatni już kawałeczek po schodach do jaskini – stromo. 

Dlaczego „Harnaś”? A bo tak. W PRL-u też właśnie w Zakopanem można było w kiosku Ruchu kupić pamiątkę z wakacji znad morza, a w Sopocie za to góralską ciupagę z Zakopanego. Kartki pocztowe to już niestety w ogóle była loteria.

Jak w Warszawie zobaczyłeś pocztówkę z Wrocławia, warto było zakupić na przyszłość. Kto wie, dokąd wiatry kiedyś zagnają, może właśnie do stolicy Dolnego Śląska? Będzie jak znalazł, żeby znajomym wysłać. Taka więc tradycja.

No i ORP „Harnaś” unosi się m na falach Morza Egejskiego. Do czego pewnym państwom potrzebna marynarka wojenna? Do ochrony ich żywotnych zamorskich interesów. A jaka branża ostatnio jest najbardziej dynamiczna, agresywna wręcz w zdobywaniu klientów i rynków zbytu?

„A czy myślał pan, pani ostatnio o założeniu fotowoltaiki? Halo! Proszę się nie rozłączać”.

I teraz Grecja, gdzie światła nie brakuje, stała się terenem ekspansji tej gałęzi naszego biznesu, a ORP „Harnaś” swym majestatem subtelnie daje odczuć, że odmowa instalacji będzie niemile widziana. A może po prostu Stara Starego, czyli żona kapitana od dawna wierciła mu dziurę w brzuchu, by zabrał ją na Samos?

Piękno gór, piękno morza. 

Dopnę jeden wątek. PRL, dziwna to była konstrukcja, gdzie absurd gonił absurd. Doktryna komunizmu zmuszała funkcjonariuszy do niszczenia więzów kultury z zachodnioeuropejskimi korzeniami, tradycją, kulturowym kodem, rdzeniem naszej tożsamości, ale wciąż bardzo wartościowa ludzka tkanka, rodzinne przekazy, wychowanie, pamięć przenoszona z pokolenia na pokolenie utrudniały, uniemożliwiały wręcz realizację tego zadania.

Herbert podawał nam antidotum, odtrutkę swoją twórczością, znakomitymi esejami, które polecam podróżnikom i tym, którzy wolą zostać w domu. Zachęcam też do lektury poezji, wierszy, których omówień, analiz, interpretacji znajdziecie tu wiele na blogu, w bazie wiedzy.

Szanowni Pracownicy biur podróży, tych największych, zróbcie coś dla podtrzymania pamięci o Herbercie, a najpierw sami zajrzyjcie do „Labiryntu nad morzem”, do „Barbarzyńcy w ogrodzie” i do „Martwej natury z wędzidłem”.  Sztuczne inteligencje i zasoby sieci nie obejmują wszystkiego. Czasem warto sięgnąć głębiej. Wdowa po Herbercie nie żyje, siostra – nie wiem, ale znajdziecie z łatwością właścicieli praw autorskich.

Dlaczego ten apel, skąd taki rozstrzał tematów niniejszego wpisu? Bo wiecie, kiedyś poloniści, nauczyciele języka polskiego byli takimi ludkami – orkiestrami. Na lekcjach poruszali różne tematy. Język polski był przedmiotem dającym okazje do dygresji, rozmów o ludzkiej naturze, świecie, kulturze, historii sztuki, filozofii, psychologii  w wersji soft.

Tak było, miałem takich nauczycieli. Dziś „umęczone ciało pedagogiczne”, jak pisze mi mój przyjaciel, znakomity, oczywiście, nauczyciel języka polskiego, jest coraz bardziej wciągane w szprychy, tryby, zębatki biurokracji, formularzy, procedur, podstaw programowych, raportów i ocen, krytyki indywidualnej i grupowej. Sam widzę to na każdym kroku, ponieważ w innej formie, ale też uczę i to dzieciaki z przeróżnych szkół i środowisk.

Tak mi się nawet ów Pitagoras chroniący się w górskim masywie w jaskini skojarzył z nauczycielami ze szkół, których mury i drzwi wejściowe szturmują często pełni złości, pretensji, oczekiwań rodzice.

Poloniści kiedyś, a skłaniała do tego natura ich pracy, uczyli patrzyć szerzej i dalej, być uważnymi i ciekawymi świata. Dlatego może, nieco poirytowany tym, co w szkołach się dzieje, postanowiłem przypomnieć Wam o wspaniałych esejach Herberta. Czekają na Was w bibliotekach, antykwariatach i księgarniach.

Ach i a propos PRL-u… Ciekawe, że skrót ORP, Okręt Rzeczpospolitej Polskiej, przetrwał z okresu II RP, wojnę i implementację komunizmu. Przecież w PRL-u jednostki Marynarki Wojennej powinny być oznaczane skrótami OLRP, Okręt Ludowej Rzeczpospolitej Polskiej. Zadziałała albo bezmyślność władz komunistycznych, albo może właśnie dyskretny opór tej właściwej, wartościowej ludzkiej tkanki, na której wszystko się zasadza, rośnie i opiera.

Kiedy dziś bardzo zmienia się polska armia, wierzę, że dorasta, kształci się nowoczesna, dojrzała, odpowiedzialna kadra dla wojska i marynarki wojennej w nim także. Jak twierdzi wielu ekonomistów i historyków, mamy dziś najlepszy w dziejach czas, okres wielkiego dobrobytu, rozwoju, zamożności i bezpieczeństwa. Wykorzystajmy go do kształtowania charakterów, osobowości, wychowywania ludzi odpowiedzialnych i wszechstronnych, głęboko myślących i wyposażonych w erudycję. Ich nigdy nie jest za dużo.

D Z I Ę K U J Ę

Doceniam, że czytacie, rozsyłacie, wracacie, korzystacie. Udanych wakacji, wspaniałych podróży i wyjazdów życzę. I szczęśliwych, satysfakcjonujących i budujących Was spotkań z literaturą i filmem.

P. S.

Pozdrawiam Panią z firmy pomagającej organizować wakacje. Mam nadzieję, że skorzysta z informacji ode mnie o fenomenalnym, bajecznie wprost ciekawym eseju Herberta o Samos.

Cieszę się też, że pewien przedsiębiorca zaczynający swoją długą drogę w niesprzyjających czasach PRL-u osiągnął taki sukces, stworzył wiele miejsc pracy i jego firmy wzbogacają podatkami budżet, również hotele budzące niekiedy pewne kontrowersje z powody rozmiarów i lokalizacji w przestrzeni dość cennej z powodu niezwykłych walorów krajobrazowych.

Naturalnie, linki do wpisów wyjazdowych: 

Kos 

Peloponez 

Antalya 

Efez / Pamukkale 

Teneryfa

Czarnogóra 

I jako że wspomniany został tu Sofokles, to jeszcze linki obowiązkowe do omówień, analiz jego dwu dzieł na tym blogu:

“Antygona” 

“Król Edyp”

Jeśli się spodobało, w ramach “dziękuję” dla autora, podeślijcie link znajomym, polubcie tak zwany fanpejdż na Facebooku, zainteresujcie się działalnością firmy Sztuka Słowa i wracajcie tu koniecznie, ponieważ czekają na Was gawędy o filmie, literaturze i poradniki wspierające uczniów klas ósmych i maturzystów w ich przygotowaniach do egzaminów. 

Kiedy temperatury powietrza w cieniu przekraczają kolejnego dnia 35 stopni, przejawem złośliwości byłoby pożegnanie: “pozdrawiam ciepło”. Tak więc “żegnam chłodno i rześko” 🙂 

Kategoria:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *