Gabriel García Márquez: “Miłość w czasach zarazy” – opis, omówienie, recenzja, opracowanie, analiza

4 lipca, 2020 10:40 Zostaw komentarz

Márquez obdarzył nas sagą o miłości i śmierci, utkał z językową maestrią epopeję o życiu, które nieuchronnie zmierza ku kresowi, ale jego aktorzy uciekają się do namiętnego kochania jako najmocniejszego i skutecznego leku przeciwko poczuciu pustki, samotności i smutku. Mistrzowskie operowanie oksymoronami, kontrastem, niebywałe wyczulenie autora na fałsz, pozory i absurd sprawia, że na każdej niemal stronie czytelnik znajdzie zdania mądre i bawiące do łez.  

Szekspir w „Romeo i Julii” złączył w dziejach dwojga kochanków ścierające się żywioły: destrukcji, unicestwienia i pragnienia bliskości, uszczęśliwiania i bycia szczęśliwym. Splótł z sobą wątki tych dwóch namiętności tak mocno, jakby jedna drugiej dodawała sił. Nietrudno dostrzec analogie między tragedią wielkiego dramatopisarza i utworem Gabriela Garcii.

Jest wiele sposobów opowiedzenia historii czyjegoś życia. Najczęściej to zbiory banałów, komunałów, złości lub kłamstewek. Pisarz dzięki ironii i subtelnemu humorowi snuje swą opowieść, czyniąc wszystko niezwykłym, owianym mgiełką leciutkiej tajemnicy i magii, gdzie trzeba drwiąc sobie w najlepsze z ludzkich planów, zamiarów, powagi.

Trzeba powiedzieć to wprost: Gabriel José de la Concordia García Márquez opowiada nam historię najbardziej banalną na świecie, nudną, przewidywalną, typową. Ale jak to czyni !? W Święto Zesłania Ducha Świętego umiera dwóch ważnych dla życia postkolonialnej metropolii mężczyzn. Jeden z nich to fotograf dziecięcy mający opinię laickiego świętego, a drugi – prawdziwy luminarz życia społecznego, kulturalnego, zasłużony wielce lekarz i wykładowca. Powierzchowna, by nie rzec – teatralna religijność ludności nie przeszkadza temu, by bohaterowie dotykali życia w całej jego dosłowności, zmysłowości, a nawet doświadczając fizycznego brudu ścieków, czy co gorsza – przemocy.

Jeśli życie dokuczyło Wam, choć wcale na to nie zasłużyliście, jeśli najszlachetniejsze uczucia potraktował ktoś jak nikczemne sprawki łajdaka, poświęcenie i ofiara zostały zbrukane przez tryumfującego egoistę i cynika i wydaje się Wam, że najsprawniejszy rozum i chłodna ocena nie uporządkują już rozpadającego się świata, to wtedy, o, właśnie wtedy azyl odnajdziecie w świecie „Miłości w czasach zarazy”. To pisana prozą poezja o absurdalności świata, pełna jednak tkliwości, czułości i taktownej zmysłowości.

Tu nawet o tak zwanych kobietach upadłych, prostytutkach autor pisze z szacunkiem i współczuciem, a głównego bohatera, wielkiego cierpiętnika miłości, prawdziwego herosa i błędnego rycerza zarazem nie waha się na samym początku przedstawić jako „cierpiącego na chroniczne zaparcia, co przez całe życie zmuszało go do ratowania się przeczyszczającymi lewatywami”.

Kuzynka Ferminy Dazy o wdzięcznym niemiecko brzmiącym imieniu Hildebranda, kiedy pierwszy raz zobaczyła obiekt uczucia swojej krewnej nie mogła uwierzyć, by mógł kogokolwiek doprowadzić do miłosnych uniesień. Wyglądał jak zbity pies, jego strój przywiódł jej na myśl „rabina w niełasce”, a całość tego rozpaczliwego obrazu dopełniał uroczysty sposób bycia śmieszny w przypadku niepozornego urzędnika.  Cóż z tego jednak, skoro wkrótce, po kolejnej wizycie z przekonaniem wyznała Ferminie: „Jest brzydki i smutny, ale cały jest miłością”.

Dużo w tej powieści śmiesznostek, paradoksów, humoru, zderzania przeciwieństw, których tyle przecież w naszym życiu, a które powodują, że w pedantycznym i skrupulatnym opisie rzeczywistości polec musi wszelki rozum, a każdy kostium przyoblekany przez aktorów w teatrze świata wcześniej czy później okazuje się zupełnie niepasującym.

Powieść Garcíi Márqueza wydała mi się kiedyś niepoważną igraszką latynoamerykańskiego autora. Jej piękno, jak sądzę dziś, odkrywa się w poszczególnych zdaniach, które zachwycają walorami aforyzmów, paradoksów i komicznych absurdów. Pisarz odbiera powagę autorytetom, kpi z historycznych narracji, pokazuje sprzeczności, z którymi nauczyliśmy się żyć i na co dzień nie chcemy im się dłużej przyglądać. Nie zachowuje się jednak jak ogarnięty wściekłością rewolucyjnego żaru wywrotowiec czy zwolennik postępu. Nie czerpie satysfakcji, otula wszystko senną mgiełką marzenia, poezji, współczucia.

Czytelnik bawi się w najlepsze, zbierając strona za stroną owoce spostrzegawczości Márqueza i skarby jego językowej wirtuozerii zawarte w najmniejszych detalach opisu. I tak dla przykładu:  niedawno tragicznie zmarły Juvenal Urbino de la Calle zanim jeszcze złożono go do trumny leżał w rodzinnym domu na biurku swego ojca w samym środku biblioteki z utrwalonym na twarzy  grymasem przerażenia, w płaszczu i z „wojenną szpadą kawalerów Grobu Świętego”. Dodajmy, że był to sędziwy lekarz, człowiek kulturalny i społeczny działacz. Dlaczego miał przypasaną do boku szpadę? Pewnie to jeden z atrybutów męskości, znak powagi i zajmowanej w społeczeństwie wysokiej pozycji. Dlaczego jednak organizacja o charakterze religijnym kazała swym członkom obnosić się z narzędziem do zabijania, czego, jak wiemy, żaden z pierwszych wyznawców religii i jej założyciel nie pochwalali?

Czasem sprzeczności, z jakimi się stykamy w rzeczywistości, nieprzystawalność oczekiwań i ideałów do ułomnej ludzkiej natury, wydają się wywracać nam umysł na lewą stronę, czyli szwem do góry, a więc tak, jak zaleca go prać producent. W młodości budzą w nas bunt, na starość znużenie, a Márquez wykorzystuje je jako materiał w pełnej komizmu i ciepła opowieści.

Wspomniany już zresztą Juvenal Urbino, potomek wielkiego rodu, lekarz i ceniony wykładowca zażywał sam aż do śmierci „sekretne lekarstwa” łagodzące skutki starości i wręcz spowalniające jej postępy, ale w tajemnicy przed wszystkimi, gdyż sam zdecydowanie je potępiał, odradzając swoim pacjentom ich przyjmowanie. Gdy w późnym wieku wstawał o świcie, gderał, kaszlał, udając, że wszystkie te odgłosy są niezbędne i, jak zapewnia narrator, hałasował celowo, gdy jego małżonka z podobną premedytacją udawała, że śpi. Stare małżeństwo toczyło podjazdowe wojny, jednymi pretensjami wzajemnymi podsycając kolejne. Jednocześnie z odpowiedzialnością, elegancją, może nawet dostojeństwem wypełniało obowiązek tworzenia i utrzymywania budującego morale i podnoszącego na duchu wizerunku zgodnej i odpowiedzialnie sprawującej swe obowiązki pary. Z humorem autor ukazuje znaczącą, choć nadmiernie rozbudowaną i nieco fasadową rolę instytucji kościelnych w życiu dawnej hiszpańskiej kolonii, gdy przedstawia, jak mogłaby się skończyć kłótnia o to, czy było mydło w łazience, czy nie. Otóż Juvenal Urbino zaproponował małżonce wspólne udanie się do otwartej spowiedzi przed arcybiskupem.

Na uwagę zasługuje kreacja, gdyż tak to należy nazwać, proszę Państwa: kreacja postaci papugi, która, doskonale udając głos brytana, przegnała rabusiów i obroniła dom lepiej niż szkolone psy. Wykonywała muzyczne utwory z klasycznego repertuaru, naśladując głosy męskie i żeńskie. Właściciel nauczył ją języka francuskiego na poziomie członka akademii, śpiewania mszy oraz obszernych fragmentów Ewangelii według Świętego Mateusza.

Akcja utworu rozgrywa się na Karaibach w mieście, które posiadało dzielnicę wicekrólów i dystrykt byłych niewolników. Doktor Juvenal ogarnięty był wręcz maniakalną do niego miłością, co nie przeszkadzało mu nazywać go umieralnią nędzarzy. Narrator określa je jako położone na „obrzeżach czasu”. W XVIII wieku był tu najważniejszy targ niewolników afrykańskich dla obu Ameryk. Znamiennym szczegółem określającym charakter metropolii pozostawał fakt, że zimą ulewy rozsadzały latryny, czyniąc z ulic obrzydliwe bagniska. Zatem elegancja i wykwint manier elit, atmosfera kulturalnego życia nie mogły nigdy uwolnić się od sąsiedztwa, a nawet kontekstu najmniej przyjemnych wspomnień i substancji nierozerwalnie związanych z ludzkim bytem. Bohaterowie wspominają też wojny, które od czasu powstania republiki toczyły się w kraju bez jednego dnia przerwy, a w szkołach pojawiały się dzieci pełniące role zaangażowanych w nie żołnierzy. Raz nawet pewien nieletni pułkownik zabił w klasie nauczyciela religii, który nieopatrznie oświadczył, że Bóg jest konserwatystą.

Nie wiem, doprawdy, nie wiem, co sprawiło, że latynoamerykańska proza nabrała tak szczególnego i niepowtarzalnego charakteru. Może spowodował to fakt, że na kulturową tkankę Indian nałożył się świat wierzeń afrykańskich a potem wszystko to usiłowała wziąć w gorset swoich pojęć, kategorii i norm zaimportowana z Europy cywilizacja zachodnia. Czy z tego zrodził się realizm magiczny, którego śladów wiele dostrzeżemy w „Miłości w czasach zarazy”? Atmosfera fiesty, beztroski, leniwego życia, a jednocześnie wpływ zmysłowości, temperamentów zmieszały się z surowością katolicyzmu, europejskim etosem pracy i nakazem „robienia kariery”, dając nieoczekiwane rezultaty?

Opisywany wyżej przeze mnie medyk to jeden z dwóch najważniejszych bohaterów powieści, wieloletni małżonek Ferminy Dazy, która w wieku lat osiemnastu odtrąciła kochającego ją na zabój Florentina Arizę. 

Ojciec chrzestny owego nieszczęśnika, homeopata i powiernik jego matki wezwany przez nią na ratunek stwierdził, że symptomy miłości młodzieńca są identyczne z objawami cholery.

Poczciwa matka zachęcała natomiast syna, by korzystał z młodości, by wycierpieć z powodu uczuć, ile się da, gdyż te rzeczy nie trwają wiecznie. Wspierając go w walce o przychylność ukochanej, udzieliła rady, której treść przypomina nam uwagę pani Meliton poczynioną wobec Wokulskiego.

Transito Ariza przypomniała synowi, że „słabeusze nigdy nie wejdą do królestwa miłości, bo jest to królestwo bezlitosne i okrutne, i że kobiety oddają się wyłącznie mężczyznom o zdecydowanym charakterze, bo tylko tacy dają im poczucie bezpieczeństwa, tak im potrzebne do stawiania czoła przeciwnościom życia”.

Nieskutecznie upominająca Wokulskiego swatka, bohaterka „Lalki” ostrzegała go, że kobiety zdobywa się siłą a nie ofiarami, i że raczej jest to siła pięści niż rozumu.  

Florentino Ariza, protagonista i jako się rzekło męczennik miłości, bohater i niezmordowany później kochanek trudnych do zliczenia kobiet dojrzewał, czytając literaturę, poezję zwłaszcza, ale też spędzając całe dnie w przybytku, który autor powieści delikatnie nazywa miejscem miłości bez miłości, gdzie bohaterowi najmniej dokuczała  samotność.

Nie napisałem jeszcze chyba, o czym jest ta powieść.  To historia miłości trwającej pół wieku, która złączyła dwoje ludzi, gdy byli bardzo młodzi i z woli jednej z nich zakończyła się rozstaniem, a dzięki uporowi i konsekwencji drugiej znalazła swój dalszy ciąg po pięćdziesięciu latach. Cóż bowiem człowiek może przeciwstawić śmierci, starości i nużącej rutynie codzienności jeśli nie miłość?

Czuję, że daleko mi do opanowania sztuki pisania o dziełach literackich i filmowych tak, by podkreślić ich walory, zbliżyć się do tajemnic ich wielkości, uchwycić mistrzostwo autorów, ale nie zdradzić z treści zbyt wiele, by nie odebrać przyjemności pierwszej lektury czytającym moje artykuły.

Boję się z drugiej strony, że recenzja i opis będą chaotyczne. Dodać więc wypada, że powieść przedstawia także historię długotrwałego małżeństwa zawartego bardziej z rozsądku niż wielkiego porywu serc. Także w tej części sagi Márquez ukazuje zawiłości ludzkiego losu z drastyczną, brutalną niekiedy szczerością, ale i humorem, przybliża kolejno etapy wieloletniego związku, znużenie, zdradę, satysfakcję ze stabilizacją, radość macierzyństwa, rozczarowanie dziećmi, rozstania i powroty.

Dzieło przemienia się chwilami w kronikę romansów odtrąconego Florentina, uciekającego w rozpustę, przelotne miłostki, erotyczne przygody. Pisarz tworzy galerię jego kochanek, postaci barwnych, wyrazistych, często mających swoje własne, oryginalne pomysły na życie. Niektóre z kobiet są cichymi reżyserkami jego kariery, gdy inne stają mistrzyniami aranżowania scenerii schadzek.

Czy Florentino Ariza to bezwstydny hipokryta, któremu obłuda umożliwiała zachowanie w sercu idealnego obrazu miłości, i który, jak twierdził, pozostawał wierny na zawsze wybrance serca przez całe życie? Czy może to raczej zrozpaczony samotny nieszczęśnik próbujący jedną utraconą miłość zastąpić innymi? Pisarz odkrywa przed nami złożoność życia, częstując zazwyczaj porcją łamigłówek i zmuszając do rozstrzygania na własny użytek, czy to, co czytamy, jest czystym żartem, kpiną, czy może jednak niełatwą do przyjęcia prawdą. Przy jednej w wielu kochanek Ariza zrozumiał, jak mówi narrator, „ostatecznie coś, co sam o tym nie wiedząc, wielokrotnie przeczuwał: że można jednocześnie i z równym bólem kochać wiele kobiet, żadnej z nich nie zdradzając.” 

Kiedy chcemy się już poddać, pisarz pociesza nas zdaniem: „Życie jest mądrzejsze od nas wszystkich”.

Zawsze można przypomnieć łagodną mądrość autora „Przedśpiewu”, Leopolda Staffa, którego podmiot liryczny z franciszkańskim miłosierdziem, niechętny potępianiu kogokolwiek powiada:

„I uczę miłowania, radości w uśmiechu,                                                 

W łzach radość widzieć, miłość chorą w grzechu”.

Całość epopei o śmiertelnej miłości i wzmagającej jej siłę ponurej pani z kosą, która ponagla do kochania, wieńczy zbliżenie dwojga stojących nad grobem staruszków, ich ucieczka przed światem i oddanie się bez ustępstw rytuałom kochania.

Piszę te słowa z samego środka epoki Covidu, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że zrozumieć niejedno z literatury możemy dobrze tylko dzięki osobistemu doświadczeniu. Myślę, że uczniowie lepiej poczują złość Konrada z III części Dziadów i jego kolegów zamkniętych w celi po tym, gdy ich samych, na krótko przecież, ale jednak przymuszono do izolacji. No cóż, zastanawiam się też nad miłością w czasach zarazy.

Jeśli, jako się rzekło powyżej, niektóre zjawiska wokół wydają się Wam niepojęte, dziwaczne, zagadkowe, to w proponowanym tu antidotum, czyli w wielkiej powieści Márqueza znajdziecie na  pocieszenie między innymi takie oto zdanie: „Od chwili kiedy obwieszczono cholerę, z fortu miejscowego garnizonu oddawano salwę armatnią co piętnaście minut, dniem i nocą, zgodnie z powszechnym przekonaniem, że proch przeczyszcza powietrze.” Jak widać, przeciwko zarazom nie zawsze wiadomo, jakie środki przedsięwziąć, ale niezmiennie wiadomo, że jakieś należy.

Na każdej stronie znajdziecie językowe perełki, a z wszelkich stereotypów, ustabilizowanych podziałów ideowych, społecznych, rasowych, majątkowych autor kpi niestrudzenie, bez umiaru, jakby zatracał się w igraszkach, nie mogąc i nie chcąc zakończyć tej zabawy. Czyż nie rozśmieszy nas bowiem historia braci, którzy otrzymywali imiona na chrzcie na cześć papieży, a w dorosłym życiu przystępowali do masonerii? Wuj Florentina, Leon XII, podobnie jak wszyscy z rodzeństwa był wolnomularzem. Tak, tak, pod określeniem „imię papieża” należy rozumieć także przypisany do niego „numer” kolejnej głowy Kościoła wybierającej ponownie jak poprzednicy tego samego patrona.

Bezdzietny późniejszy dobroczyńca Florentina „w skorupie bezdusznego kupca skrywał duszę genialnego lunatyka”. Statki pływające w jego znakomicie prosperującym przedsiębiorstwie z powodu opłakanego stanu utrzymywały się na wodzie, jak to zaznacza narrator, jedynie „dzięki niedopatrzeniu fatum”. Kiedy don Leon XII Loayza stykał się z zarzutem, że jest bogaczem, odpowiadał, że bogaczem nie… „Jestem biedakiem z forsą, a to nie to samo”.  

Pisarz obdarzył tego bohatera, jak i wielu innych, niebywałym darem trzeźwego oceniania rzeczywistości w formie aforyzmu, paradoksu, anegdoty: „Niedługo dożyję stu lat i widziałem, jak wszystko się zmienia, nawet miejsca gwiazd we wszechświecie, ale jeszcze nie widziałem, żeby w tym kraju zmieniło się cokolwiek – prawił. – Tutaj ustanawia się nowe konstytucje, nowe prawa, wywołuje co trzy miesiące nowe wojny, ale ciągle tkwimy w Kolonii.”

Pozwólcie na koniec na jedną jeszcze uwagę. Sceny fizycznego zbliżenia tworzone przez autora chyba nie przetrwały próby czasu. Daleko idąca w naszej kulturze, w wersji popularnej, śmiałość podejmowania tej tematyki odebrała opisom Márqueza wszelki walor odwagi. Wśród zalet pozostał jedynie delikatny humor i szacunek dla bohaterów – ludzi. Stąd spostrzeżenie płynie takie oto, że teksty przełamujące w naszej kulturze tabu, bądź, tak jak tu, fragmenty tekstów mające nieco szokować, starzeją się najszybciej.  

 

 

Czytelnik na stronach bloga znajdzie, oczywiście, omówienie „Romea i Julii”

Zachęcam do lektury innych artykułów poświęconych współczesnym wielkim dziełom literatury światowej. Szczególnie polecam i cenię, chętnie to przyznam, nieco wyżej od „Miłości w czasach zarazy” Márqueza szereg dwudziestowiecznych powieści amerykańskich,  a wśród nich:

„Na wschód od Edenu” Johna Steinbecka,

„Zabić drozda” Harper Lee, czy

Lot nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya.

Kliknijcie, proszę, tytuły, a program przeniesie Was na strony z omówieniami tychże.

Polecam Waszej uwadze opis

„Rzeźni numer pięć” Kurta Vonneguta i teksty poświęcone

„Solaris” Stanisława Lema oraz

„Imieniu róży” Umberto Eco.

Wśród najczęściej czytanych na tym blogu długo utrzymywali się „Chłopcy z Placu Broni Ferenca Molnara, opracowanie szkolnej lektury, a w istocie rzeczy dzieła o przyjaźni, honorze i dojrzewaniu do bycia mężczyzną. 

Nie zapominajmy też o znakomitych powieściach rosyjskich, w których bracia Słowianie starają się ułożyć i uporządkować wiedzę o rzeczywistości, o wieku dwudziestym tak dla nich trudnym, pełnym niepojętego okrucieństwa i chaosu.

Zapraszam do lektury analiz:

„Doktora Żywago” Borysa Pasternaka

„Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa

utworu „Moskwa – Pietuszki” Wieniedikta Jerofiejewa.

Wszystkie cytaty z “Miłości w czasach zarazy” pochodzą z wydania powieści nakładem TMM Polska Sp. z o.o. w tłumaczeniu Carlosa Marrodana Casasa. 

Kategoria:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *