Albert Camus: „Dżuma” – omówienie, opracowanie, analiza, interpretacja, streszczenie, postaci, wymowa

11 stycznia, 2018 12:53 Zostaw komentarz

„Dżuma” to powieść paraboliczna. Oprócz warstwy znaczeń dosłownych posiada umieszczoną pod nimi treść ukrytą, nieograniczoną do kilku lub kilkudziesięciu znaków, ale rozciągniętą na całej długości tekstu. Tytułowa dżuma jest wszelkim nieszczęściem niszczącym życie, paraliżującym funkcjonowanie społecznych więzi, budzącym strach. Utwór przynależy do modnego w XX wieku egzystencjalizmu, typu refleksji, nawet wyodrębnionego już wtedy filozoficznego nurtu. 

Najprościej ujmując rzecz, przesłanie opiera się na wezwaniu do heroizmu, zachęcie do przeciwdziałania złu bez względu na jego siłę. Wobec groźnej epidemii lekarze są bezradni, wolność na jej skutek ograniczona, nadzieja odebrana, miłość niszczona.

Znajdują się jednak ludzie, którzy nie chcą pozostawać bezczynni. Ich wysiłki wydają się mieć znikome znaczenie, ale prowadzą do ograniczenia liczby ofiar i już samo to warte jest trudu i ryzyka, nawet poświęcenia.

Narrator kreśli sylwetki postaci po to, by ukazać różne postawy wobec zła o wymiarze totalnym. Jest ksiądz jezuita, dziennikarz z Paryża, skromny urzędnik, przemytnicy, urzędnicy, lekarze. Narrator stara się być bezstronny. Często ujawnia, czy to pisząc od siebie czy cytując zapiski Tarrou, życzliwość nawet wobec dziwaków czy przestępców.

W tym miejscu nasuwa się uwaga. „Dżumy” nie możemy wiązać z literaturą religijną. Nie sposób jednak nie skojarzyć wielkoduszności ateisty Tarrou, jego przyjaznego odnoszenia do wszystkich z duchem Ewangelii. Jakże dziwnymi i krętymi ścieżkami podąża ludzka myśl? Z ciepłych pochwał, uznania dla skromnego samotnego urzędnika Granda przeziera myśl kazania z Ewangelii Mateusza „błogosławieni cisi”.

Naturalnie, w powieści nie ma sfery sacrum, choć, jak już zostało powiedziane, rozgościła się wszechogarniająca miłość bliźniego. Nie znajdziemy walki z religią, Rieux wyrazi uznanie dla wiejskich księży, na stronę walczących ze złem przejdzie w końcu ksiądz jezuita i sędzia Othon, odpowiednik ewangelicznego celnika.

Napisałem wyżej o skomplikowanych szlakach ludzkiej myśli, ale skomplikowane, wydaje mi się, zaczynają być, gdy układa się je w podręczniku i próbuje usystematyzować. Egzystencjalizm przeciwstawiano bowiem chrześcijaństwu. Jean Paul Sartre, wielka postać dwudziestowiecznego egzystencjalizmu, był ateistą, Kierkegaard, od którego wywodzi się nurt tej filozofii – człowiekiem głęboko religijnym.

Zainteresowanych tematem zachęcam do poszerzenia wiedzy. Tu, cytując Władysława Tatarkiewicza, krótko nadmienię, że egzystencjalizm cechują cztery motywy:

1.humanizm – postawienie człowieka w centrum refleksji

2.infinityzm  – podkreślenie faktu zderzenia skończoności istnienia jednostki z nieskończonością

3.pesymizm – otoczenie człowieka przez nicość

4.tragizm – wypełnienie życia troską i grozą śmierci 

(Władysław Tatarkiewicz: Historia filozofii, t. 3 s. 349, Warszawa 1988)

Najważniejsza różnica między chrześcijaństwem i egzystencjalizmem polega na tym, że perspektywa wieczności nadaje sens istnieniu. (op.cit. s. 352)

Od siebie dodam, że wiara w Boga nie uwalniała człowieka od lęku, bólu istnienia, nie jest czymś trwałym i danym raz na zawsze. Wierzący mogą mieć tylko nadzieję na zbawienie.

Egzystencjalista – ateista sam musi swemu życiu nadać sens.

Szersze przedstawienie egzystencjalizmu czytelnik znajdzie niżej. Zachęcam do lektury wpisu pt: parabola, a także do zapoznania się z omówieniami Wieży” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, „Starego człowieka i morze” oraz „Małego księcia”, także z opisywanym tu nurtem powiązanych.

Przeczytanie „Dżumy” może wprawić w przygnębienie, ponieważ refleksje bohaterów przenika dojmujący smutek. Utwór wzywa do heroizmu, przeciwstawiania się złu, ale bez wiary, że świat może stać się lepszy, a człowiek szczęśliwy.

I

TREŚĆ

Narrator utworu nazywa swoją pracę kroniką, czym daje do zrozumienia, że tekst jest wierną relacją z wydarzeń. Zapowiada, że skorzysta z własnych spostrzeżeń, obserwacji i ze świadectw innych osób, a także z tekstów, które znalazły się w jego posiadaniu. Zastrzega jednak, że posłuży się nimi tak, jak sam uzna za stosowne.

Literatura zazwyczaj sytuuje się pomiędzy faktem, prawdą dosłowną, historyczną, a fikcją. Narrator chce zachować prawo do wykreowania obrazu zdarzeń, jeśli zapowiada, że będzie według swego uznania czerpał ze źródeł. Pozostawia nam jednak iluzję autentyzmu w sensie literalnym.

Narrator zaznacza też swój dystans do miasta i jego obywateli. Mówi o nich tak, jakby sam był kimś innym. Ocenia mieszkańców Oranu, widząc w nich ludzi zajętych codziennością, raczej płynących w potoku typowych zdarzeń. Większość z nich pochłonięta jest pracą, a ich miłość raz wyraża się długotrwałym przyzwyczajeniem, kiedy indziej intensywnym zbliżeniem. Gonią za pieniądzem, chcą się wzbogacić, zajmują najczęściej handlem. Wydaje się, że ten rys w dużym stopniu pokazuje współczesne tendencje w krajach rozwiniętych i krajach je ścigających.

Kiedy indziej posługuje się pierwszą osobą liczby mnogiej, mówi: „w naszym mieście”.

Czytelnik tego omówienia, zwłaszcza młodszy, mógłby zapytać, po cóż innego pracuje się, jeśli nie dla pieniędzy? Cele mogą być różne. Dobrze jest, moim skromnym zdaniem, pracować, by coś stworzyć, ulepszyć, poczuć się potrzebnym, może nawet zasłużyć na czyjąś wdzięczność, zyskać satysfakcję.

Narrator wysoko ceni sobie zmysł refleksji. Mówi, że w innych miastach i krajach ludzie podejrzewają „istnienie czegoś innego” i że jest to już wartością samą w sobie.

Poprzestanie w charakterystyce rozrywek starszych osób na grze w kręgle, karty i bywaniu na bankietach ma deprecjonujący charakter (deprecjacja – obniżenie wartości). Może narrator pozostaje blisko prawdy? Niewykluczone, że jest nieco tendencyjny i niesprawiedliwy. Któż to wie? Musimy mu zaufać i zanurzyć się w świat powieści.

Miejscem akcji będzie francuska prefektura, arabskie portowe miasto opisane raczej jako miejsce niezbyt ładne, nawet nieprzyjazne i uciążliwe.

Czas akcji określono na rok 194… r. To może być nawiązanie do wydarzeń II wojny światowej, okresu walki, przemocy, zbrodni, zdrady, ale też kolaboracji. Powieść wpisuje się w nurt egzystencjalizmu, zjawiska w życiu intelektualnym dość popularnego w XX wieku, zwłaszcza po roku 1930.

Główny wątek otwiera przedstawienie doktora Bernarda Rieux i zwracającego uwagę pojawienia się dużej liczby martwych lub konających szczurów w różnych miejscach Oranu.

Rieux sam siebie podczas pierwszej rozmowy z dziennikarzem Raymondem Rambertem nazywa człowiekiem zmęczonym światem, który odczuwa jednak sympatię wobec bliźnich i nie chce zgadzać się na niesprawiedliwość i ustępstwa. Jest to zatem ktoś przywiązany do tradycyjnych wartości, choć, jak się dowiemy później, niewierzący w Boga. Rieux leczył biednego urzędnika merostwa, Josepha Granda za darmo.

Duże znaczenie ma dla charakterystyki bohatera obraz pożegnania z chorą poważnie żoną, którą odprowadził na dworzec, by wysłać ją w towarzystwie pielęgniarki do sanatorium w górach. Nawet opłacenie podróży w wagonie sypialnym stanowi dla tej pary znaczący wydatek. Nie są zamożni. Pożegnanie nie było gorące. Małżonkowie obiecali sobie nowy początek po powrocie żony z kuracji. „Zaczniemy na nowo”. Sądzić możemy zatem, że uczucie między nimi ochłodziło się i nie byli nim usatysfakcjonowani.

Samotność to jedno z najważniejszych słów w „Dżumie” i zarazem bardzo ważne dla widzenia świata i ludzi przez egzystencjalistów.

Narrator opisuje zaniepokojenie w mieście rosnącą liczba martwych szczurów. Stopniowo wprowadza kolejnych bohaterów:

szanowanego, „uczonego i wojującego” księdza jezuitę, Paneloux,

Ramberta, dziennikarza, który przybył napisać artykuł o warunkach życiu Arabów,

Tarrou, autora notatek, szczególnej kroniki dostarczającej narratorowi wielu szczegółów,

Cottarda, do którego wezwał lekarza jego sąsiad, Joseph Grand.

Urzędnik merostwa, leczony przez doktora Rieux, nie tylko uratował Cottarda od śmierci, ale zapewnił też, że będzie przy niedoszłym samobójcy czuwał przez całą noc.

Ważnym wydarzeniem okazuje się dla narratora śmierć dozorcy z powodu choroby, nieokreślonej jeszcze przez doktora. Rieux skonsultował się telefonicznie z jednym ze swoich cenionych kolegów, ale nie dowiedział się niczego.

W notatkach Tarrou narrator dostrzega próbę znalezienia odpowiedzi na pytanie, jak żyć, by nie tracić czasu, a odpowiedzią jest doświadczanie go w całej rozciągłości. Tarrou napisał, że dobrze jest przesiadywać na balkonie w niedzielne popołudnie, słuchać wykładu w nieznanym sobie języku, stać w kolejce do kasy teatru i nie kupić biletu. W jakiejś zanotowanej przez siebie rozmowie powiedział, że szuka wewnętrznego spokoju. Wiedziano o nim, że nie pracował i miał dobrotliwe usposobienie. W Oranie zamieszkał w hotelu i musiał być dość zamożnym, by nie pracować.

Od Tarrou pochodzi pierwszy opis wyglądu doktora Rieux.

Stary doktor Castel, który widział już wcześniej umierających na „gorączki pachwinowe” w innych miejscach na świecie, powiedział koledze, Bernardowi Rieux, że przypadki zachorowań i zgonów w Oranie to oznaki epidemii, dżumy. Oświadczył też, że władze będą chciały sprawę przemilczeć, powołując się na opinię, że choroba ta zniknęła z krajów o umiarkowanej temperaturze. W tym miejscu narrator oddał się rozważaniom nad skłonnością ludzi do zaprzeczania istnieniu wojen i zarazy. Podkreślał, że humaniści szczególnie nie chcą myśleć o tryumfie tych dwóch nieszczęść nad człowiekiem. Mieszkańcy Oranu też nie chcieli wyrzec się myśli o swoich podróżach, robieniu interesów, wyrażaniu poglądów. Dżuma, a szerzej możemy powiedzieć: zło o totalnym wymiarze, niszczące, unicestwiające, wydawało się im czymś nierzeczywistym.

Może czas powiedzieć, czym dżuma jest, a w związku z tym, co przedstawia utwór. Powieść Alberta Camus jako dzieło reprezentujące nurt egzystencjalizmu mówi o sytuacji człowieka w bardzo szerokim sensie. Życie jest bytem nietrwałym, istnienie cały czas zagrożone niespodziewanym kresem. Świadomość tej kruchości daje, jak to przedstawił Blaise Pascal, pewną przewagę myślącej istocie, człowiekowi nad przypadkiem, śmiercią, siłami historii i przyrody, które mogą go unicestwić.

Doktora Rieux przeraziła skala możliwych ofiar, które pociągnie za sobą groźna zakaźna choroba. Szukając oparcia w czymkolwiek podczas przygnębiających rozważań, uznał, że codzienna praca, porządne wykonywanie swoich obowiązków jest czymś naprawdę ważnym, podczas gdy „reszta wisi na włosku”.

Czym zatem dżuma jest? Wszelkim złem o wymiarze totalnym, złem, które nad człowiekiem bierze górę, przytłacza go, kruszy, wobec którego jest bezsilny.

 

 Gdy wybuch epidemii wciąż jeszcze nie następował, liczba zgonów pozostawała niewielka, doktor Rieux miał okazję porozmawiać z Grandem i narrator wykorzystał okazję, by poświęcić kilka słów skromnemu urzędnikowi merostwa bez stałego etatu. Miał około pięćdziesięciu lat i od dwudziestu czekał na posadę, którą dawno temu mu obiecano. Nie potrafił upomnieć się o przyznanie stanowiska. Był cierpliwy, żył bardzo skromnie. Rieux uznał, że jego tajemnicze popołudniowe zajęcia prawdopodobnie mają charakter „czcigodnej manii” i jest nią, przypuszczalnie, pisanie książki. Doktor uważał, że dżuma nie ma przyszłości w mieście, w którym ludzie oddają się tak szlachetnym zajęciom. Grand określony został przez Rieux jako ktoś, kto „zawsze ma odwagę dobrych uczuć”. Doceniał w nim dobroć i przywiązanie, do których współcześni mu rzadko się przyznawali. Urzędnik nie wahał się mówić o miłości do siostry i siostrzeńców.

Rieux doprowadził do spotkania władz z lekarzami w ramach komisji sanitarnej. Badania nie wykazały jeszcze z pewnością, że chorzy umierali na dżumę, ale Castel zapewnił, że to dżuma, Rieux zaś twierdził, że niebezpieczeństwo śmierci połowy mieszkańców Oranu jest realne. Domagał się podjęcia stanowczych kroków. Sam telegrafował do Paryża w celu sprowadzenia serum. Prefekt po ostrej wymianie zdań przyjął do wiadomości, ze sytuacja jest poważna.

Pojawiły się na ulicach afisze z zaleceniami władz. Rieux zwrócił uwagę, że treść komunikatów była wynikiem kompromisu pomiędzy koniecznością powstrzymywania rozprzestrzeniania się choroby a niechęcia przyznania, że sytuacja jest poważna.

Grand zauważył zmianę w zachowaniu Cottarda, stał się dla ludzi życzliwy, jakby chciał ich sobie zjednać. Rieux dwukrotnie poczuł lęk, gdy myślał o dżumie, zapragnął ludzkiego ciepła i wszedł wtedy do przepełnionych kawiarni. Rozmowa doktora z Cottardem zawiera dziwne wypowiedzi niedoszłego samobójcy, jakby życzył sobie jakiegoś dużego nieszczęścia. Pytał też, czy policja przeprowadza aresztowania w szpitalu.

Narrator opisuje miasto, odgłosy i zapachy. Liczba zachorowań rosła, różne obiekty zaczęto zamieniać na prowizoryczne szpitale. Przywieziono serum, ale okazało się, że jest go zbyt mało. Pacjentów i zgonów również przybywało. Zapadła decyzja o ogłoszeniu stanu dżumy. Zamknięto miasto.

II rozdział zaczyna opis odczuć mieszkańców Oranu. Narrator posługuje się pierwszą osobą liczby mnogiej w pełni identyfikując się z ludnością zamknięta nagle, postawioną wobec takiego postępowania władz wobec nich, jakby nie mieli uczuć indywidualnych. Do odizolowania miasta doszło nagle, wiele osób zostało rozdzielonych z bliskimi. Listów nie wolno było wysyłać. Pozostawała jedynie komunikacja telegramami. Więź zrozumienia, serca i ciała, jak to określa narrator, musiała wyrazić się przy pomocy kilku lakonicznych słów. Strach i uczucie rozłąki z kimś kochanym stało się udziałem całej ludności.

Żona doktora Castela zdecydowała się wrócić do miasta w trakcie epidemii, choć małżeństwo to nie było szczególnie szczęśliwe. Był to jednak wyjątek. W trakcie dżumy niektórzy odkrywali głębię i siłę uczuć.

Stan mieszkańców nazwany jest wygnaniem. Przeszłość związana była ze wspomnieniami nieobecnych, utraconych, teraźniejszość niecierpliwiła, myślenie o przyszłości wiązało się z nadziejami, które mogły się nie spełnić. Rozłączeni kochankowie cierpieli szczególnie mocno.

Camus oryginalnie opisuje odczucia ludzi zakochanych. Narrator mówi, że uzależnienie nastroju od pogody było następstwem oddalenia od ukochanej osoby, która wcześniej stała zawsze między człowiekiem i światem.

Samotność była doświadczeniem powszechnym. Trudno było znaleźć prawdziwy język serca (to określenie Alberta Camus), by wyrazić uczucia w sposób nietuzinkowy, niebanalny, nieschematyczny. Cierpiący z powodu rozłąki kochankowie nie poddawali się szaleństwu lęku i prawie nie zauważali, gdy dopadała ich choroba i śmierć. Narrator nazywa to uprzywilejowaniem.

Jeśli teraz spojrzymy na ukryte, głębsze znaczenia powieści, to możemy zauważyć, że miłość chroni przed rozpaczą i że często w literaturze i filmie przedstawiana jest jako broń przeciwko bolesnym odczuciom, nawet świadomością przemijania. Jeśli nie broń, to środek uśmierzający lęk.

Grand opowiedział historię swej utraconej miłości do Jeanne, córki kolejarza, którą pokochał i poślubił. Uczucie zabiła rutyna, codzienna praca, powoli gasnące szanse na zmianę i lepszą przyszłość. Mężczyzna porzucił studia, jak już wiemy, nie prosił o podwyżkę. Najpoważniejsze było to, że przestał zapewniać żonę o swojej miłości. Prawdopodobnie długo cierpiała. W końcu odeszła.

Grand wyznał, że nie mógł znaleźć słów, które by ukochaną zatrzymały. Narrator komentuje to tak: „Najwidoczniej Grand był o tysiąc mil od dżumy”. Po tej rozmowie Rieux wysłał telegram do żony, w którym poinformował, że miasto jest zamknięte, prosił, by o siebie dbała i zapewnił, że o niej myśli.

Rieux spotkał Ramberta, który bardzo chciał wydostać się z miasta. W Paryżu czekała na niego ukochana kobieta,  z którą był od niedawna i z którą świetnie się rozumiał. Próbował uzyskać  pomoc doktora, gdyż władze, oczywiście, nie chciały zezwolić mu na wyjazd. Rieux zwrócił mu uwagę, że ma teraz znakomity materiał na reportaż, ale dziennikarz uznał, że miłość jest w życiu ważniejsza.

Rambert zapewnił, że znajdzie sposób na wydostanie się z miasta. Rieux poprosił, żeby go wtedy tylko o tym powiadomił. Dziennikarz zarzucił lekarzowi, że jego sprawa jest dla niego abstrakcją. Rieux przyznał, że w nieszczęściu jest coś z abstrakcji.

W dwustutysięcznym mieście umierało już pięćset osób tygodniowo. Lekarz był świadkiem dramatycznych scen rozpaczy krewnych, a czasem nawet ich czynnego oporu, gdy nie chcieli wydać, chorego. Rieux starał się nie odczuwać litości. W walce z abstrakcją upodabniał się do niej. Przyznawał w myślach w pewnym stopniu rację Rambertowi, który chciał walczyć o szczęście jednostki.

Ksiądz Paneloux, wykształcony jezuita wygłosił ważne kazanie, w którym w dżumie ukazał słuchaczom świadome działanie Boga zniecierpliwionego zbyt słabą, za mało gorliwą wiarą. Epidemia jest karą za grzechy i wezwaniem do pokuty. Wola boża może jednak zmienić zło w dobro. Zalecił modlitwę i zaufanie Stwórcy. Narrator przyznał, że nie wszystkich wywód księdza przekonał, choć niektórzy dzięki niemu dostrzegli w chorobie karę za nieznaną zbrodnię  w postaci niepojętego uwięzienia.

Rieux dostrzegł oznaki szaleństwa, desperacji wśród niektórych mieszkańców. Grand po spotkaniu nienormalnie zachowującego się człowieka, podczas wspólnego spaceru z lekarzem, wyraził zadowolenie, że ma swoją pracę. Pokazał doktorowi rękopis początku powieści. Starał się spełnić swoje marzenie, stworzyć arcydzieło literatury.  Znów marzenie i praca pokazane zostały jako lekarstwo na zło.

 

W czerwcu przyszło lato. Wzrosła liczba zgonów do siedmiuset tygodniowo. Władze zaczęły się obawiać wybuchu paniki, zamieszek. Tarrou zanotował, że w spojrzeniu matki doktora Rieux, którą poznał, jest tyle dobroci, że będzie ono zawsze mocniejsze od dżumy. To kolejny ślad wieloznaczności słowa „dżuma” w powieści. Tarrou opisał starego astmatyka, kramarza, który żył z renty, spędzając całe dni w łóżku. Nie wierzył w Boga, a Tarrou napisał, że to święty, jeśli za świętość uznać zespół przyzwyczajeń. Widać wyraźnie, że sporządzający zapiski to człowiek niewierzący, ale życzliwy ludziom. W swoim notatniku przedstawił miasto, nastroje, zachowania. Dostrzegł narastającą chęć oddania się namiętnościom. Wyznał, że dla takich jak on śmierć jest niczym, przyznaje im rację.

Nowe serum okazało się mało skuteczne, w mieście pojawiły się przypadki nowej odmiany dżumy. Tarrou zaproponował doktorowi Rieux utworzenie ochotniczych oddziałów sanitarnych. Widział konieczność zastosowania takiego rozwiązania wobec narastającego chaosu, przeciążenia administracji i lekarzy. Prefektura podjęła próbę organizacji służby sanitarnej, ale odzew mieszkańców był niewielki. Myślano o więźniach. Tarrou oświadczył, że wolałby, aby byli to ludzie wolni, ponieważ ma wstręt do wyroków śmierci. Zapewnił, że na początek skorzysta z pomocy swoich przyjaciół. Mężczyźni podjęli też rozmowę na temat kazania księdza Paneloux. Rieux przyznał, że dżuma jak wiele chorób otwiera ludziom oczy, ale kiedy widzi się, ile cierpienia wywołuje, nie można się na nią godzić. Lekarz wyznał, ze stara się widzieć jasno, będąc w ciemności. Księdza uważa za człowieka nauki, podczas gdy zwykły wiejski duchowny, który napatrzył się na konanie parafian „będzie próbował leczyć z nieszczęścia, zanim zechce wykazać jego doskonałość”. Do tego drugiego typu kapłanów, lekarzowi, rzecz jasna, jest bliżej.

Rieux wyraził przekonanie, że jako wierzący zaprzestałby leczenia i wszystko zostawił Bogu. Na razie uważa za swój obowiązek bronić pacjentów. Nie przyzwyczaił się do widoku umierających i widział nieraz konających głośno krzyczących śmierci NIE. Kiedy Tarrou zwrócił uwagę, że zwycięstwa lekarza zawsze będą tymczasowe, odparł, że to nie powód, by zaniechać walki. Gość doktora zapewnił go, że podziela jego poglądy. Nazajutrz zebrał pierwszą grupę ochotników.

Narrator uczynił w tym miejscu szerszą dygresję na temat dobra i zła w ludzkim postępowaniu. Przedstawił swój punkt widzenia na działania ochotników w formacjach sanitarnych. Jego zdaniem przypisywanie zbyt wielkiego znaczenia czynom pięknym jest hołdem złożonym pośrednio złu. W ten sposób sugeruje się bowiem, że dobro jest czymś wyjątkowym, rzadkim. Uważa, że ludzie są raczej dobrzy niż źli. „Dusza mordercy jest ślepa i nie ma prawdziwej dobroci ani miłości bez największej jasności widzenia”.

Rieux, Tarrou, i inni ochotnicy uznali, że nie wolno się poddać i należy przeciwstawić złu, zamiast padać na kolana. Tu warto przypomnieć esej Alberta Camus o Syzyfie, który wiedząc, że kolejna próba wtoczenia kamienia się nie powiedzie, schodzi na dół i rozpoczyna swą pracę na nowo. Dla wielu egzystencjalistów ważne jest samo podjęcie działania. Dżuma, jak już wielokrotnie w tym tekście zaznaczaliśmy, oznacza wszelkie zło o wymiarze totalnym, czyli epidemię, tyranię, totalitaryzm, rewolucję, głód, śmierć, a nawet nieprzewidziany przypadek niszczący ludzki byt. W pełni uzasadnione, nawet naturalne, jest przeciwstawienie się im. Celem bohaterów było zapobieżenie śmierci i ostatecznej rozłące możliwie wielkiej liczby ludzi.

Grand zajmował się statystykami, pewne grupy starały się zaprowadzić zasady higieny w przeludnionych dzielnicach, inne wspierały lekarzy podczas wizyt i organizowały transport chorych do szpitali. Skromny urzędnik merostwa pracował wciąż nad doborem słów do pierwszego zdania swego dzieła. Narrator chciał uczynić Granda bohaterem opowieści, ponieważ jego zdaniem bohaterstwo zawsze powinno zajmować drugorzędne miejsce „tuż po, ale nigdy przed wielkodusznym żądaniem szczęścia”. Słowa solidarności, współczucia, troski z całego świata dla Oranu nie brzmiały naturalnie. Ich autorzy byli zbyt daleko.

Rambert poznał Cottarda przypadkiem dzięki doktorowi Rieux. Ponieważ niedoszły samobójca zajmował  się handlem przemycanym do miasta alkoholem miał dobre kontakty ze światem przestępczym. Skontaktował Ramberta z odpowiednimi ludźmi, którzy za wynagrodzeniem obiecali zorganizować dziennikarzowi ucieczkę z miasta. Powiadomił o swoich poczynaniach doktora. Spytał go o sytuację i usłyszał, że ledwie wystarcza środków i ludzi, a zabraknie ich, gdy epidemia wejdzie w stadium bardziej intensywne. Przybył Tarrou oświadczając, że zaproponował księdzu Paneloux przyłączenie się do ochotniczych formacji i że ten po namyśle się zgodził.

Dziennikarz został przedstawiony strażnikom gotowym go wypuścić przez bramy. Wydawało się, że plan się powiedzie i był już blisko realizacji. Cottard odmówił wstąpienia do formacji. Przyznał doktorowi i Tarrou, że gdyby nie dżuma, zostałby aresztowany.

Rambert w rozmowie z Tarrou i Rieux wyznał, że walczył w Hiszpanii w wojnie domowej i że bohaterstwo uważa za coś łatwego, a nawet niekiedy zabójczego. Ważne jest teraz dla niego tylko, by żyć i umierać dla tego, co się kocha. Kiedy Tarrou powiedział, że żona Rieux jest w sanatorium poza miastem, dziennikarz zadzwonił do doktora nazajutrz i poprosił o przyjęcie do formacji sanitarnych.

III

W połowie sierpnia epidemia przybrała na sile. Zdarzało się, że ludzie wracający z kwarantanny, nie wierząc w skuteczność odkażania domostw, podpalali je. Dochodziło do grabieży ogarniętych ogniem domów. Kary dla siejących zamęt nie odstraszały. Dżuma zbierała żniwo także w dzielnicy centralnej wśród zamożniejszych. Coraz trudniej było uporać się z rosnącą liczbą zwłok. Do pracy grabarzy długo jednak nie brakowało chętnych, ponieważ epidemia doprowadziła do załamania życia gospodarczego i bezrobocia. Widmo ciał gnijących na ulicach prześladowało jednak doktora Rieux.

Ludzie odczuwali znużenie, ci, którzy tęsknili za ukochanymi, tracili pamięć ich rysów pod wpływem czasu.

Dżuma odebrała wszystkim siłę miłości, a nawet przyjaźni, trzeba to powiedzieć. Miłość bowiem żąda odrobiny przyszłości, a myśmy mieli tylko chwile.

Dominującym stanem stała się rutyna, pustka, przyzwyczajenie i otępienie.

IV

W październiku Rambert jeszcze przebywał w Oranie i brał udział w walce z epidemią. Zmęczenie ogarnęło doktora Rieux. Nie czuł się dobrze, widząc strach i agresję rodzin, w których domach pojawiał się, by stwierdzić dżumę i zabrać chorego do szpitala. Zarzucano mu, ze nie ma serca. Wielu pracowników zapominało już ze znużenia o zasadach bezpieczeństwa. Wielu ludzi trwoniło bezużytecznie majątki w zabawach i zbytku.

 Tarrou pracujący równie ciężko dużo rozmawiał z Cottardem, który jako jedyny mieszkaniec Oranu czuł się bardzo dobrze. Teraz wszyscy byli zniewoleni tak jak on wcześniej. Tarrou powiedział mu, że najlepszym sposobem, żeby być z innymi to mieć czyste sumienie. Rentier odrzekł, że najlepszym jest rozesłać wszystkim dżumę.

Rambert, gdy już miał umówiony termin ucieczki, zrezygnował z niej i poinformował o tym doktora i Tarrou. Znamienne, że w szpitalu gdy zakładali maseczki z gazy na twarz dziennikarz usłyszał od organizatora sanitarnych oddziałów, że nie chronią one przed niczym, ale budzą ufność w innych. Jego decyzji Rieux i Tarrou nie przyjęli z entuzjazmem. Ten drugi zwrócił nawet uwagę Rambertowi, że jeśli będzie chciał dzielić nieszczęście z innymi, być może nie wystarczy mu już czasu na szczęście. Dziennikarz potwierdził, że wszystko, co mówił wcześniej, zachowuje dla niego wagę, ale zrozumiał, że dżuma jest także jego sprawą i że mógłby czuć wstyd, że szczęśliwy w Paryżu jest sam.

Znajomi uszanowali jego wybór. Samodzielnie podjęta decyzja, każdorazowy akt wyboru to dla egzystencjalistów podstawowa forma realizacji ludzkiej wolności i godności zarazem. Pewnie dlatego ani Tarrou, ani Rieux nie chcieli wpływać na Ramberta.

Serum Castela wypróbowano po raz pierwszy na synku sędziego Othona. Przy agonii obecni byli Rieux, Tarrou, Rambert, Grand i Paneloux. Wcześniej rodzinę wysłano na kwarantannę. Mąż i żona zostali rozdzieleni. Córeczka została skierowana z matką do hotelu, sędzia na stadion do jednego z namiotów. Nie uratowano dziecka. Doktor zwrócił uwagę jezuicie, że chłopiec nie był winny. Ksiądz przyznał, ze Rieux wiele robi dla zbawienia człowieka. Lekarz odparł, że interesuje go tylko zdrowie, ale potem przyznał, że są z księdzem po tej samej stronie i nawet Bóg nie może ich teraz rozłączyć.

W swoim drugim kazaniu, na które zaprosił doktora, Paneloux mówił o cierpieniu dziecka, na które trudno się zgodzić, ale które też trzeba przeżyć, by dojść do samego sedna wyboru: odrzucić Boga lub go wybrać. Wyrzeczenie się siebie i pogarda dla własnej osoby, miłość do Boga, niełatwa, może zmazać cierpienie i śmierć dzieci.

Ksiądz Paneloux wkrótce zmarł. Tarrou opisał stadion, na terenie którego na czas kwarantanny przebywali samotni, zapomniani ludzie. Czekano na ich wyjście, ale paradoksalnie nie myślano o nich samych. Dżuma skazywała na izolację. Bohater spotkał się na stadionie z sędzią Othonem. Widział wiele przygnębionych, ogarniętych apatią osób.

Tarrou opowiedział Reux historię swego życia, zaczynając od wiadomości, że cierpiał na dżumę na długo przed przybyciem do Oranu. Był synem prokuratora. Kiedy miał siedemnaście lat, ojciec zabrał go do sądu, gdzie wygłaszał mowę oskarżycielską. Nastolatek współczuł przerażonemu człowiekowi, dla którego ojciec żądał najsurowszej kary. Skazywanie na śmierć Tarrou w rozmowie z Rieux nazywa „najnikczemniejszym z morderstw”. Jego ojciec był obecny przy egzekucjach, co siedemnastolatka napawało odrazą. Młodzieniec opuścił dom i zaczął samodzielne życie. Zajmował się polityką i walczył ze społeczeństwem, które, jego zdaniem, oparte było na karze śmierci. Nie nazywa ludzi, z którymi współdziałał, ale przyznaje, że oni też urządzali egzekucje. Jego życiową obsesją stało się przeciwdziałanie mordowaniu. Odrzuca wszystko, co z jakichkolwiek powodów usprawiedliwia zabójstwo. Z wymienionych wcześniej powodów jest wrogiem dżumy. Trzeba, jego zdaniem, bez przerwy uważać, by nie tchnąć śmierci komuś w twarz. Staje po stronie ofiar, gdy tylko nadarzy się okazja. Sam szuka spokoju. Próbuje zostać świętym bez Boga.

Wieczór dwaj przyjaciele wieńczą wspólnym pływaniem w morzu.

Dżumy nie zatrzymały zimowe chłody. Sędzia Othon wrócił z obozu, w którym odbywał kwarantannę odmieniony. Gdy jego syn żył, traktował go surowo. Rieux dostrzegł łagodność w oczach sędziego, który poprosił doktora, by załatwił mu pracę w miejscu, z którego go właśnie wypuszczono. Mężczyzna powiedział, że w ten sposób będzie się czuł bliżej swego zmarłego dziecka.

Około Świąt Bożego narodzenia Rambert podjął korespondencję listowną z ukochaną, wykorzystując znajomości z przemytnikami. Ta drogą dzięki Rambertowi list do żony wysłał także Rieux, choć dobór słów, odpowiedniego języka przyszedł mu z trudnością. Było to pierwsze nawiązanie kontaktu z małżonką od kilku miesięcy. Boże Narodzenie było owego roku w Oranie ponurym czasem. Grand przeżył załamanie, ponieważ o tej porze roku wiele lat wcześniej zaręczył się z Jeanne. Kiedy Rieux go odnalazł zapłakanego, stary urzędnik powiedział, że ma już dość wysiłków, by być normalnym i że chciałby napisać do utraconej żony, by była szczęśliwa bez wyrzutów sumienia. Rieux myślał wtedy tak jak Grand, że świat bez miłości jest martwy i że przychodzi godzina, gdy człowiek zmęczony pracą i odwagą „błaga o twarz jakiejś istoty i o serce olśnione czułością”. Grand zachorował, w stanie rozgorączkowania kazał spalić doktorowi kilkadziesiąt stron różnych wersji pierwszego zdania swej powieści. Nazajutrz stan urzędnika znacząco się poprawił. Rieux odnotował kilka innych przypadków wyzdrowienia. Epidemia zaczęła tracić impet.

V

W styczniu choroba cofała się coraz wyraźniej, ale nadzieje mieszkańców Oranu budziły się powoli. Jeszcze zdarzały się zgony. Zmarł sędzia Othon. W końcu wojskowi wrócili do koszar, zakony ponownie zebrały w swoich siedzibach. Na twarzach obywateli pojawiły się uśmiechy. Spadły ceny towarów, doszło do kilku udanych ucieczek z miasta. Prefektura 25 stycznia ogłosiła zahamowanie epidemii, zapowiadając, że bramy miasta pozostaną zamknięte jeszcze przez dwa tygodnie. Ludzie pozwolili sobie wtedy na wyrażenie radości.

Tarrou notował jeszcze uwagi o dobroci matki doktora Rieux, której postawa, sylwetka, wyciszenie, łagodność przywodziły mu na myśl jego zmarłą matkę. Opisał spotkanie z zaniepokojonym Cottardem i jego nagłą ucieczkę przed dwoma funkcjonariuszami. Nie znalazł staruszka plującego na koty, który nie wiedzieć czemu kojarzył mu się ze świętością, która może przybrać formę łagodnego satanizmu. Pismo autora sugerowało poważne zmęczenie.

Tarrou na dwa dni przed otwarciem bram zachorował na dżumę. Rieux pozostawił go w domu. Zajmował się nim razem z matką. Przyjaciel zmarł. Lekarz zastanawiał się, czy odnalazł wreszcie spokój. On sam czuł, że poniósł klęskę. W grze życia i dżumy wygrać można tylko wiedzę i pamięć. Żałował, że utracił przyjaciela i myślał, że łączy go z matką miłość, która też kiedyś będzie miała kres.

Doktor patrzył na Tarrou jako na człowieka, który szukał pokoju, służąc ludziom i że nigdy nie zaznał nadziei. Wkrótce Rieux otrzymał wiadomość o śmierci swojej żony.

W piękny lutowy poranek otwarto bramy miasta, na dworzec wjechały pociągi. Narrator opisuje szczegółowo ludzi odnajdujących się po długim czasie rozłąki. Prawdopodobnie to echo powojennych wydarzeń, gdy wielu uciekinierów, wygnańców powracało do dawnego życia. Opisy przedstawiają szczegółowo ludzi, których łączyła miłość. Rieux rozłączony był podwójnie, jeszcze przed epidemią oddalił się od żony, licząc na dobroczynne działanie czasu.

„I Rieux, skręcając w ulicę Granda i Cottarda, myślał, że jest sprawiedliwe, by przynajmniej od czasu do czasu radość wynagradzała tych, którym wystarcza człowiek i jego biedna i straszna miłość.’

W układzie wartości w „Dżumie” filozoficzny dystans i wiedza są usytuowane najwyżej. Zaraz po nich znajduje się miłość.

Pod koniec dzieła narrator wyznaje, że autorem tej kroniki jest Bernard Rieux. Ukrywał swoją tożsamość, by zachować pozycję neutralnego świadka i nie eksponować swoich przeżyć i doświadczeń, ponieważ wszyscy cierpieli w podobnym stopniu. Mówił w imieniu całego miasta.

Kiedy dotarł do kamienicy swoich znajomych, zatrzymał go kordon policji. Cottard strzelał do policjantów, którzy przyszli po niego. Po wymianie ognia został wyprowadzony.

Grand ironicznie mówił o tych, którzy byli dumni z tego, że przeżyli. Kpił, że spodziewali się za to orderów. Pytał, czym jest taka dżuma i odpowiedział sam sobie, że to przecież życie.

Rieux patrząc z właściwym sobie dystansem na radujące się tłumy, wspominał tych, których utracił. Za Tarrou zauważył, że winą Cottarda było to, że w swoim sercu zgodził się na to, co zabija starszych i dzieci. Cieszyła go epidemia i nie przystąpił do grup walczących z nią ochotników.

Rieux przyznał, że „w ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw niż na pogardę”. Nie ma ostatecznego zwycięstwa nad dżumą, zawsze należy stawać do walki z zarazą. Jeśli nie można być świętym, trzeba starać się być lekarzem. Bakcyl nigdy nie umiera i kiedyś znów wyśle swe szczury na ulice szczęśliwego miasta.

KRÓTKO O POSTACIACH

Doktor Rieux – lekarz z naturą filozofa, autor kroniki, człowiek niekochający już żony, odczuwający samotność, zaprzyjaźniony z Tarrou, życzliwy wobec Ramberta, leczący za darmo biednego urzędnika. Czy wypalony wewnętrznie? Czasem sprawia takie wrażenie. Kocha swój zawód, walczy ze śmiercią, choć wie, że ostatecznie zawsze przegra. Pod tym względem przypomina Syzyfa, o którym pisał Camus. Dobrze reprezentuje poglądy egzystencjalistów w powieści. Jako narrator ma dużo chłodu wewnętrznego i dystansu do świata.

Tarrou – ateista z naturą chrześcijanina, może nawet chrześcijanina na drodze do świętości. Dość zamożny. Nie chcę być złośliwy, ale zamożność to stan, który w zadziwiający sposób „przydarza się” bojownikom przeciwko niesprawiedliwości społecznej. Nie wiemy na pewno, czy był komunistą, czy anarchistą.

To on zainicjował w odpowiednim momencie powołanie ochotniczych formacji wspierających lekarzy i współorganizujących życie w mieście. Pewnie bez tajemniczych przyjaciół Tarrou sukces formacji nie byłby możliwy. Sympatie lewicowe po II wojnie światowej były dość powszechne wśród intelektualistów zachodnioeuropejskich. Ukłon autora powieści w tę stronę nie jest niczym niezwykłym. George Orwell należał wtedy do wyjątków.

Tarrou, najprawdopodobniej związany z lewicową ideologią, albo anarchistyczną, albo komunistyczną, mówił niejasno o swojej walce ze społeczeństwem. Twierdził, że nie było kraju, w którym by nie działał. Jego przyjaciele wykonywali wyroki, zabijali. On wierzył, że w dobrym celu. Najprawdopodobniej walczył w Hiszpanii po stronie Frontu Ludowego i Republiki. W powieści kontaktował się z hiszpańskimi muzykami, co by potwierdzało to przypuszczenie. Miał spore zasoby finansowe. Walka z generałem Franco była dla wielu intelektualistów symbolem oporu przeciwko politycznemu złu. Po latach okazało się to nie tak jednoznaczne. Zbrodnie wojenne obciążają obie strony konfliktu. Historycy twierdzą nawet, że wojna domowa w Hiszpanii była przed II wojną światową, próbnym, zastępczym i eksperymentalnym poletkiem starcia dwu wielkich totalitaryzmów: komunistów z faszystami lub jeśli ktoś woli – nazistami. Stalinowscy komuniści starali się przejąć kontrolę nad władzami Republiki, zabijając wrogów politycznych. George Orwell, uczestnik wydarzeń, pod wpływem tego, co widział i czego doświadczył, napisał dwa wielkie antykomunistyczne utwory „Folwark zwierzęcy” i „Rok 1984”. Hemingway poprzez powieść „Komu bije dzwon” współtworzył z kolei piękny mit Republiki. Camus okazuje sympatię intelektualnej lewicy, między innymi poprzez kreacje postaci Tarrou i Ramberta, choć stara się być uczciwy, gdyż jego bohater przyznaje, że współwalczący koledzy także szafowali śmiercią.

Paneloux –  jego drugie kazanie zbliżone jest do poglądów Kierkegaarda. Duński, dziewiętnastowieczny filozof w chrześcijaństwie widział religię, która „wprowadza nieskończonego Boga w samo istnienie skończonego człowieka: urąga rozumowi, potęguje jeszcze paradoks i męczarnię. (…) Religia, wprowadzając człowieka w wieczność napełnia go grozą, zadaje mu męczarnie. Godzi w jego interesy, domaga się odeń absolutnego oddania, nie dając w zamian nic, co by było korzyścią życiową. Ale daje mu co innego: napięcie i pogłębienie.” (op. cit.. 66-67)

Wydaje się, że jezuita ukazany został przez Alberta Camusa jako człowiek małej wiary i niepotrafiący czerpać z całego intelektualnego dorobku chrześcijaństwa, czy, jeśli ktoś woli, katolicyzmu. Hiob to przecież człowiek poddany wielkiej próbie wiary. Przetrwał mimo wszystko ciężki czas, może przy życiu trzymało go właśnie przekonanie, że Bóg jest nadrzędną instancją i największe cierpienie musi mieć przecież sens. Paneloux odszedł, a doktor zapisał, że to wątpliwy przypadek dżumy. Ksiądz ukazany został w ostatnich dniach tak, jakby utracił wiarę.

Grand – bohater wielokrotnie wskazywany jako godny uznania i szacunku. Skromny, pogodzony z przegraną, zajęty nieszkodliwą manią, dziwactwem, realizacją marzenia. Rozumiejący doskonale, jakim trudem może być codzienność. Dobro, zwykłe ludzkie dobro chroni go przed dżumą, podobnie jak matkę doktora Rieux.

Cottard – człowiek, który zaakceptował zło i potraktował je jako swego sojusznika. Zniewolony jak inni przez dżumę i dzięki epidemii czasowo zrównany z resztą mieszkańców Oranu. Przestępca, którym policja i prokuratura nie ma możliwości zajmować się w czasie dżumy.

Rambert – bojownik z Hiszpanii, dziennikarz przypadkowo zatrzymany przez dżumę w Oranie. Stara się wydostać z miasta. Po pewnym czasie decyduje się przyłączyć do ochotników walczących z epidemią, nawet rezygnuje z ucieczki, gdy jest już ona zorganizowana. Kocha, a jego miłość przetrzymuje próbę dżumy, inaczej niż w przypadku doktora Rieux. Lekarz rozstając się z żoną, nie kochał jej już i może dlatego ona umiera.

EGZYSTENCJALIZM – rodzaj refleksji, a od XIX wieku także nurt filozoficzny, w którym przedmiotem analizy, rozważań jest ludzki byt, pojedyncze istnienie wyabstrahowane z kontekstu społecznego, rodzinnego, historycznego. Tak widziane życie człowieka prawie zawsze ma wymiar tragiczny. Człowiek jest „wrzucony w istnienie”, nie decyduje, czy się urodzi, gdzie, w jakich warunkach. Ma pewność nadejścia śmierci i nie może jej zapobiec. Otaczają go siły, które mogą go unicestwić i nie może im się skutecznie przeciwstawić, zarówno potędze natury, jak i działaniu historii. Nawet zwykły „głupi” przypadek, zbieg okoliczności doprowadza do śmierci kogoś, kto wiele stworzył, osiągnął, był potrzebny, kochany, dbał o zdrowie, przyszłość itd.

Refleksja o charakterze egzystencjalnym jest, można rzec, stara jak świat.

Kohelet powiada, że wobec ostatecznego faktu przemijania wszystko jest błahe, marne i przypomina pogoń za wiatrem. Mit o Syzyfie i Edypie pokazują jasno, że nie można przeciwstawić się skutecznie przeznaczeniu bądź wyrokom bogów. Hiob, po utracie majątku, zdrowia, potomstwa, nawet dobrego imienia, dotknięty trądem, naprawdę głęboko cierpiący, pyta Boga, po co człowiek żyje, jeśli jego jutro jest niepewne, a są i tak ciężko doświadczeni, ze na śmierć czekają jak na wybawienie. Hiob stawia naprawdę pytania egzystencjalne.

Zazwyczaj na co dzień nie myślimy o przemijaniu. Istnieje coś, co można by nazwać higieną psychiczną. Myślenie zbyt częste o sytuacji egzystencjalnej człowieka bardzo by nas obciążało. Są jednak chwile, które przypominają nam o niej. Dzieje się tak, gdy stracimy kogoś bliskiego albo ktoś ważny dla nas zachoruje. Dlatego egzystencjalna problematyka pojawiła się w „Trenach” Jana Kochanowskiego. Bohater, rozpaczający w I trenie, zwracając się do tych, którzy próbowali go pocieszyć, powiada:

Prózno płakać” – podobno drudzy rzeczecie.

Cóż, prze Bóg żywy, nie jest prózno na świecie

Wszystko prózno;

Na literaturę epoki baroku duży wpływ wywarł Blaise Pascal. W „Myślach” tak określił sytuację człowieka w świecie:

Każdy jest pewny, że umrze, nikt nie jest pewny, że nie umrze jutro.”

Pewnym paradoksem jest to, że egzystencjalizmowi jako kierunkowi filozoficznemu przeciwstawianemu chrześcijaństwu dał początek człowiek głęboko wierzący w Boga. To Kierkegaard.

W XX stuleciu egzystencjalizm stał się bardzo popularny. Może wynikało to z doświadczeń ludzi Zachodu, Europejczyków i mieszkańców Ameryki Północnej, Kanady, Australii. Przez świat przetoczyły się dwie wojny światowej, najciężej doświadczony został kontynent europejski. Epidemia grypy po pierwszej wojnie pociągnęła za sobą o wiele więcej ofiar niż działania wojenne. W 1929 roku rozpoczął się wielki kryzys gospodarczy. Na starym kontynencie, w Rosji wybuchła rewolucja, po niej nastąpiła wojna domowa. Krwawy wewnętrzny konflikt stał się doświadczeniem Hiszpanii.

Tak więc wielu ludzi osobiście, mówiąc językiem potocznym „na własnej skórze” doświadczyło tego, że czasem los, siły zewnętrzne przychodzą i zabierają życie, zdrowie, majątek wypracowany niekiedy przez kilka pokoleń, bliskich, szczęście, poczucie bezpieczeństwa.

Wobec świadomości takiego tragizmu ludzkiego losu najważniejsze stało się udzielenie odpowiedzi na pytanie, gdzie realizuje się, gdzie spełnia ludzka wolność i godność zarazem. Odpowiedzią był każdorazowy akt wyboru, decyzja, jaką się podejmuje. Człowiek zawsze ma wybór, jak twierdzili egzystencjaliści: może poddać się lub podjąć walkę. Może zaakceptować znikomość swej egzystencji, a może spróbować nadać jej sens i wartość. Może odebrać sobie życie, może je kontynuować. Ważną dla Alberta Camusa postacią mityczną był Syzyf, wieczny buntownik, który dwukrotnie próbował oszukać śmierć. Skazany na wtaczanie głazu, gdy widzi, jak wymyka mu się z rąk i leci w dół kolejny raz, zastanawia się nad tym, czy warto po niego schodzić. Decyduje się jednak ponowić trud i zaczyna pracę.

Poglądy egzystencjalistów w powieści dobrze reprezentuje doktor Rieux, który wie, że jego zwycięstwo w walce ze śmiercią zawsze jest tymczasowe, jego pacjent wcześniej czy później zawsze umrze. Nie oznacza to jednak, że wolno zrezygnować z niesienia ulgi, dodawania nadziei, uśmierzania bólu i odsuwania wyroku w czasie.

Decyzja, wybór, tak ważny w refleksji egzystencjalistów, w powieści także ma wielkie znaczenie. Wybiera pozostanie w mieście i służbę pacjentom doktor Rieux. Rambert pójdzie w jego ślady, choć zarówno Rieux jak i Tarrou nie namawiają go do rezygnacji z wyjazdu do ukochanej. Pozostawiają to dziennikarzowi. Nawet sugerują, że może dużo zapłacić za chęć pozostania z ludźmi dotkniętymi nieszczęściem.

W pracy nad tym wpisem korzystałem z tłumaczenia pani Joanny Guze.

 

Kategoria:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *