Charles Dickens: „Opowieść wigilijna”. Omówienie, analiza fragmentów prozy.

19 września, 2017 20:39 Zostaw komentarz

„Opowieść wigilijna” to utwór będący dowodem na to, że literatura jest przebogatym zbiorem idei, pomysłów, genialnych intuicyjnych spostrzeżeń, z których niejeden bystrzak po latach stworzyć może odrębną gałąź wiedzy lub świetnie prosperujący biznes. Czym jest bowiem „Opowieść wigilijna”, oprócz tego, że dziewiętnastowieczną powieścią? Opisem psychoterapii. Szybko, tanio i skutecznie. Zwłaszcza „tanio” dla pana Scrooge’a liczyło się bardzo.

Dzieło Dickensa przenoszono na ekran wielokrotnie. Wymyślona przez angielskiego pisarza fabuła i postać głównego bohatera okazały się niesłychanie uniwersalne i sugestywne. Omawia się je w szkole podstawowej także dla prostoty i przejrzystości narracji. Powieść ma jednak tyle zalet, że ambitny i pracowity maturzysta też wiele nauczy się z analizy tekstu.

Przypatrzmy się fragmentowi z początku dzieła.

„Marley już nie żył. Nie ulega to najmniejszej wątpliwości. Akt jego zejścia podpisany był przez pastora, przez pisarza parafii i przedsiębiorcę karawanów. Scrooge także go podpisał, a imię Scrooge’a nadawało na giełdzie wielką wartość każdemu papierowi, na którym raczył umieścić swe nazwisko.

Stary Marley umarł więc z pewnością.

Czy Scrooge wiedział o tym? Bez wątpienia. Mogło być inaczej? Scrooge i on byli we współce od niepamiętnych czasów. Scrooge był jedynym wykonawcą testamentu, jedynym zarządcą majątku, jedynym spadkobiercą, jedynym przyjacielem zmarłego i jedynym uczestnikiem pogrzebu. Chociaż, prawdę powiedziawszy, wypadek ten nie oddziałał nań tak straszliwie, iżby mu miał przeszkodzić do wykazania w dniu pogrzebu znakomitych zdolności handlowych; i owszem, chwilę tę uczcił Scrooge zrobieniem bardzo korzystnego interesu.
 Wzmianka o pogrzebie Marley’a zwraca mnie do punktu wyjścia. Nie ma wątpliwości, że Marley umarł; trzeba to dokładnie zrozumieć i głęboko się tym przejąć, inaczej historia, którą zamierzam opowiedzieć, nie miałaby w sobie nic nadzwyczajnego.”

Korzystam w tej analizie i omówieniu z wersji tekstu dostępnej na Wikisource. Ponieważ to tłumaczenie z 1925 roku, naniosłem nieco poprawek, by zapis nie budził zamieszania w umysłach utrwalających dopiero sobie ortograficzną wrażliwość.

Powyżej przywołałem początek utworu. Przypatrując mu się uważnie, wiele się można nauczyć. Narrator od pierwszego zdania nie wypowiada się na temat śmierci Marley’a w sposób typowy. Przede wszystkim uznaje za właściwe kilkakrotnie powtórzyć tę informację, jakby mogła budzić wątpliwości słuchacza bądź zbyt wolno do niego docierała.

Tę specyfikę mówienia o odejściu człowieka, pewną nienaturalność jest w stanie zauważyć czternastolatek. Ironię we fragmencie powinien natomiast rozpoznać maturzysta, zwłaszcza ten, którzy chce zdawać egzamin, wieńczący naukę w liceum, na poziomie rozszerzonym.

Przecież nie podpisy decydują o tym, że ktoś nie żyje. Wagę decydującą może mieć, w wątpliwych sytuacjach, oświadczenie lekarza, ale w dawniejszych czasach ludzie nie mieli kłopotu z orzeczeniem, kto żyje, a kto nie. Najmniej w tym wszystkim znaczył podpis Scrooge’a, a w dziwny sposób właśnie jego nazwisku na dokumencie narrator nadaje wagę najwyższą, dokładając komentarz wiążący już tego bohatera ze sferą finansów i biznesu. Delikatna ironia sygnalizuje dystans narratora do tej postaci i bliskiej mu rzeczywistości.

Mówiąc łopatologicznie: Marley był sztywny, leżał pod ziemią, ale nie to przesądzało o jego martwocie, tylko cztery podpisy na papierze. „raczył umieścić” (o podpisie) też jest, oczywiście, ironiczne.

Pytanie retoryczne: „Czy Scrooge nie wiedział o tym?” zwiększa tylko naszą ciekawość i sugeruje, że sprawa odejścia Marley’a odegra ważną rolę.

Z przytoczonego fragmentu dowiadujemy się jakby mimochodem, jak bardzo zmarły i Scrooge byli związani. Narrator mówi o jedynym przyjacielu, jedynym wykonawcy testamentu, jedynym spadkobiercy itd. Z drugiej strony, te relacje musiały być specyficzne, skoro bohater w dniu pogrzebu ubił interes, niepogrążony, należy przypuszczać, w wielkim żalu.

Uwaga maturzyści: fragment powyżej zawiera ujawnienie procesu opowiadania. Oto słowa:

historia, którą zamierzam opowiedzieć”.

Narrator zdradza swój stosunek do bohatera, gdy powiada: „Chociaż, prawdę powiedziawszy, wypadek ten nie oddziałał nań tak straszliwie, iżby mu miał przeszkodzić do wykazania w dniu pogrzebu znakomitych zdolności handlowych;”

Mniej powściągliwie wypowiada się już moment później: „A ściskał też wszystko w garści, ten pan Scrooge! Stary grzesznik był to skąpiec nad skąpce, umiał on uchwycić, wyrwać, wykręcić, wygnieść i wydrapać, a nigdy nie wypuścić.”

Moi drodzy, myślicie, że tylko w liryce jest dużo środków stylistycznych? Powyżej znajduje się wyliczenie. Szereg wyrazów użyto w znaczeniu metaforycznym. Na początku cytatu widzicie spójnik „A”, od którego, wiadomo, zdań rozpoczynać nie należy. Jest jednak wyjątek: gdy autor chce nadać wypowiedzi bohatera bądź narratora cechy języka mówionego. Jest on bowiem, z natury rzeczy, mniej staranny, swobodniejszy.

Oto przykład porównania w dalszej części charakterystyki bohatera: „tajemniczy, zamknięty w sobie, samotny jak ostryga”.

Z bardzo barwnego, sugestywnego, plastycznego opisu Srooge’a chciałbym tylko przytoczyć jeszcze wzmiankę narratora o zachowaniu psów – przewodników niewidomych, które na widok skąpca wciągały swych właścicieli do bram, jakby nie chciały narażać ich na kontakt z człowiekiem tak niesympatycznym i nieprzyjemnym. Szans na jałmużnę, oczywiście, nie było żadnych, wiedziały to nawet zwierzęta.

Charakterystykę uzupełnia to, jak bohater traktuje pracownika i bezinteresownie życzliwego mu siostrzeńca, który chciałby przekazać wujowi odrobinę swej naturalnej radości, pogody ducha i życzliwości dla innych.

Dowiadujemy się też, że Scrooge jest nie tylko samotnym, zimnym, zamkniętym w sobie bogacącym się skąpcem, ale także osobą pogardzającą wszystkimi biedniejszymi od siebie, żyjącymi nie po to, by budować majątek.

Dickens bardzo szybko wprowadza dialog, ponieważ on wnosi element konfrontacji, interakcję, pozwala na posłużenie się kontrastem. Młodzieńca w świętach Bożego Narodzenia wszystko cieszy, czuje się naprawdę szczęśliwy. Czerpie to, co najlepsze z tradycji świąt. Wuj nazywa go głupcem. Po raz pierwszy czytelnik sam może postawić sobie pytanie, który z bohaterów wie, co w życiu naprawdę jest dobre.

Scrooge’a irytuje nawet fakt, że jego biedny, obarczony rodziną pracownik składa życzenia pracodawcy będącemu w o wiele korzystniejszym położeniu. Słowo „obarczony” jest nacechowane negatywnie i podkreśla jedynie to, jak bohater patrzy na więzy międzyludzkie, w tym i te, które oparte są na miłości i więzach krwi. Już siostrzeńca zapytał o to, dlaczego się ożenił i słowa o zakochaniu skwitował oceną „głupstwo”.

„Opowieść wigilijna”, jak już wspomniałem, to dzieło ponadczasowe, niezwykle trafnie ujmujące przyczyny i naturę chorobliwego skąpstwa i zawziętego gromadzenia bogactwa. Warto jednak pamiętać o czasach, w których powstało. Była to epoka potęgi Wielkiej Brytanii, dynamicznego rozwoju przemysłu, tryumfującej inżynierii finansowej, ekspansji rynku kapitałowego, giełdy, papierów wartościowych. Jegomościów podobnych do Scrooge’a zapewne nie brakowało. Pierwsza publikacja powieści przypadła na rok 1843. W 1866 roku, 23 lata później ukazała się „Zbrodnia i kara” Fiodora Dostojewskiego, dzieło w podobnym duchu i nastroju przedstawiające patologie gospodarki finansowo-pieniężnej, skąpców, lichwiarzy, wyzysk i dramatyczne ubóstwo ofiar.

Dickens tworzy znakomite opisy ulicy, sklepowych wystaw, pracujących rzemieślników, zziębniętych dzieci ulicy liczących na datek za drobną usługę. To samo dotyczy miejsca zamieszkania bohatera.

 ”Scrooge zjadł lichy obiad w lichej garkuchni, gdzie się zwykle stołował. Przeczytawszy wszystkie dzienniki i uprzyjemniwszy sobie wieczór notowaniem w pugilaresie zysków w ciągu dnia osiągniętych i operacji na pojutrze układanych, poszedł do siebie, aby się spać położyć. Zamieszkiwał lokal zajmowany niegdyś przez nieboszczyka wspólnika. Lokal ten składał się z kilku ciemnych pokoi, mieszczących się w dawnym, ponurym budynku, leżącym w zakręcie wąskiej uliczki, w tak dziwnym odosobnieniu, że mimowolnie nasuwała się każdemu myśl, iż ukrył się tam kiedyś, w odległej młodości, grając w chowanego z innymi domostwami, i że zmyliwszy drogę, nie mógł już wyleźć żadnym sposobem. Dziś budynek ten był stary i tym bardziej ponury, że nikt w nim nie mieszkał oprócz Scrooge’a, inne bowiem lokale wynajmowano na kantory i biura kupieckie”.

Skłonność do izolowania się od świata oraz posępność Scrooge’a podkreślone zostały przez opis najbliższego otoczenia budynku i jego wygląd.. Narrator nie pozostawił nam też wątpliwości odnośnie przesadnej oszczędności mężczyzny. Bohater, podobnie jak lichwiarka, Alona Iwanowna ze „Zbrodni i kary” nie korzysta z majątku. Zadowala go sam fakt gromadzenia bogactwa.

Scrooge nie posiadał wcale, ale to ani szczypty tego, co to dziwaczni ludzie nazywają wyobraźnią, — tak jak to przystało na prawego mieszkańca starego miasta Londynu, nie wyłączając (przepraszam za moją śmiałość) szanownej korporacji kupców, bankierów, ławników i rajców staromiejskich. Trzeba także wiedzieć, że Scrooge ani razu nie pomyślał o Marley’u, od chwili obojętnej wzmianki, jaką zrobił poprzednio, mówiąc o zaszłej przed siedmiu laty śmierci byłego wspólnika. Proszę mi więc wytłumaczyć, jeżeli to da się wytłumaczyć, jakim sposobem Scrooge, wsadzając klucz w zamek, ujrzał w kołatce (nie wyrzekłszy żadnych czarodziejskich zaklęć) nie kołatkę, ale… twarz Marley’a!

Wątpiący zobaczyli powyżej, mam nadzieję, widoczne oznaki ironii. Można też powiedzieć, że autor poprzez postać narratora wymierza cios przeciwnikom literatury, czyli tym, którzy za nic sobie mają wyobraźnię. Kpi lekko z ludzi bogatych i wpływowych: bankierów, sędziów, kupców. To oni tak naprawdę rządzili ówczesnym światem. Zauważcie też, proszę, że narrator zwraca się wprost do słuchaczy, czyli czytelników. Przedstawia siebie jako kogoś, kto sam nie może uwierzyć w to, co nam zaraz zrelacjonuje.

Łatwo podsunąć uczniom szkoły podstawowej skojarzenie powieści Dickensa z II częścią Dziadów. Duch Marleya błąkał się po śmierci po świecie i musiał być biernym świadkiem różnych ludzkich spraw, ponieważ ignorował za życia tę część egzystencji, powołanie do życia w grupie, we wspólnocie, w społeczeństwie. Innych traktował jak interes, nie potrafił spojrzeć w niebo, ignorował Boską – jak się wyraził – jasność, która mogła doprowadzić go do ubogich i potrzebujących. Duch dźwiga ciężki łańcuch. To część jego kary. Scrooge dowiaduje się, że ten, który jest jemu przeznaczony, będzie znacznie cięższy i dłuższy. Marley przestrzega dawnego wspólnika przed pozostawaniem w błędzie i zapowiada odwiedziny trzech kolejnych duchów.

Duch minionych świąt zabrał chciwego ponuraka do szkoły. Scrooge poznawszy dawnych kolegów wrócił do przeszłości, przeżywał to, co kiedyś. Zobaczył siebie w dzień Wigilii, kiedy jako jedyny zostawał w miejscu nauki, gdy cała reszta dzieci wracała na święta do domu. Rozczulił się na widok ulubionej książki, pracownika Alego Basza, który kiedyś dotrzymał mu towarzystwa i sprawił, że święta były radosne. Później czas popłynął szybciej i Scrooge dostrzegł siebie, gdy pewnego razu przybyła do szkoły przed świętami jego siostra, Fanny, by zabrać go do domu. Mężczyzna znów doświadczał radości, szczęścia, cieszył się. Po raz pierwszy zaczął odczuwać żal z powodu swojego postępowania wobec innych i złego traktowania ludzi.

Duch znów zabrał go w podróż w czasie i tym razem Ebenezer znalazł się w sklepie, w którym pracował jako młody chłopak. Zobaczył swego przyjaciela, Dicka, obserwował, jak młodzież, i on sam przed laty, bawili się znakomicie w trakcie świąt Bożego Narodzenia dzięki właścicielowi firmy, Fezziwigowi, który potrafił uradować wszystkich nie dzięki pieniądzom, ale swojej dobrej woli i życzliwości.

Scrooge zobaczył też swoje rozstanie z narzeczoną, która zwróciła mu słowo, ponieważ dostrzegła, że to bogactwo stało się dla Ebenezera ważniejsze od miłości. W wersji tekstu z Wikipedii nie ma kilku zdań, które pamiętam z innego tłumaczenia. Dziewczyna dobrze uchwyciła przyczynę zamknięcia się w sobie Scrooge’a. Powiedziała, że boi się on świata i uzbraja przeciwko niemu w bogactwo. Mężczyzna z kolei odpowiedział jej, że ludzie gardzą biedakami, a bogatych z kolei nienawidzą i zazdroszczą im. Trudno, nawiasem mówiąc, nie przyznać racji. Taki jest dwuznaczny i niekonsekwentny stosunek wielu do pieniądza. Dziewczyna postanowiła wycofać się, ponieważ przypuszczała, że Scrooge nie będzie już jej kochał jak kiedyś.

Następna scenka udostępniona przez ducha dawnych świąt przedstawiała byłą narzeczoną jako już dojrzałą panią z dziećmi. Jej prawie dorosła córka wspomniała o dawnym znajomym matki, a ta przypomniała sobie Scrooge’a. Córka widziała go zupełnie samego w czasie, gdy Marley umierał.

Drugi duch, świąt obecnych, zabrał Ebenezera do miejsc, w których ludzi radośnie spędzali Boże Narodzenie, życząc sobie wszystkiego dobrego. Scrooge znalazł się w domu swego buchaltera Cratchita, którego surowo traktował, każąc pracować w zimnie i półmroku i skąpiąc na wynagrodzeniu. Państwo Cratchit byli biedni ale szczęśliwi, dzielili się każdą radością. Najstarszy syn, Piotr miał szansę na dobrą posadę. Córka, Marta była szwaczką. Tomasz chorował i duch nie miał najlepszych wieści odnośnie przyszłości dziecka. Jeśli nic się nie zmieni, do następnych świąt dziecko nie dożyje. Dom wypełniał nastrój wesołości także dzięki najmłodszym, które cieszyły się niemal ze wszystkiego. Jakże wyrazisty kontrast między egzystencją ponurego bogacza, a umiejętnością docenienia każdego drobiazgu przez biedaków. Scrooge zobaczył dalej żeglarzy i górników. Podobnie jak wszyscy inni cieszyli się oni z okazji świąt bez względu na materialny status. Duch przeniósł Ebenezera także do domu siostrzeńca, Alfreda, gdzie także trwało świętowanie. Dziwiono się, że wuj wybrał takie dziwne życie dla siebie. Zwrócono uwagę, że nie skorzystał z dobrego obiadu. Alfred zapewnił, że będzie odwiedzał starca z życzeniami bez względu na jego oschłość i niechętne odnoszenie się do bliskich. Na koniec duch pokazał skąpcowi obraz nędznych dzieci, którym nikt nie chce pomóc. Przypomniał też przy okazji słowa, jakimi potraktował Scrooge dżentelmenów zbierających pieniądze na pomóc najuboższym. Bogacz zasugerował, że domy pracy, przytułki i więzienia są odpowiednim miejscem, na których utrzymanie płaci w formie podatków.

Duch przyszłych świąt był mistrzem w budowaniu napięcia. Pokazał bohaterowi najbliższy mu świat w chwili jego śmierci, choć pewność, kto jest nieboszczykiem, Ebenezer uzyskał pod koniec spotkania. Najpierw widział znajomych bankierów, agentów, kupców komentujących czyjeś odejście. Później był świadkiem rozmowy osób, które zmarłemu winny były pieniądze i martwiły się o to, kto przejmie ich dług. Pocieszały się tym, że na pewno nie będzie to ktoś bardziej bezlitosny od poprzedniego wierzyciela. Scrooge zobaczył też mieszkanie Cratchitów, którzy stracili Tomaszka, ale obiecywali sobie, że mając w pamięci łagodny charakter i spokój, z jakimi znosił swoje cierpienia, będą zawsze dla siebie cierpliwi, życzliwi i dobrzy.

Po tych wszystkich przeżyciach, gdy obejrzał sobie siebie sprzed lat, kiedy był zwykłym dzieckiem i młodzieńcem otwartym na świat, gdy zobaczył z całą wyrazistością, jak żyją ludzie obok niego, a jak on sam, i gdy wreszcie zobaczył konsekwencje swojego postepowania, obudził się z ogromną chęcią odmiany. Zmienił stosunek do wszystkich. Cieszyły go pozdrowienia od ludzi ubogich, o których narrator od siebie mówi, że są zawsze poczciwi. Wynagrodził hojnie drobne usługi małych posłańców, podarował indyka rodzinie swego pracownika, odwiedził Alfreda, co ogromnie ucieszyło siostrzeńca. Poszedł do kościoła, by się pomodlić. Podwoił pensję Bobowi Cratchitowi i zapowiedział przyjęcie do pracy jego najstarszego syna, Piotra. Życzliwie zaczął odnosić się nawet do martwych przedmiotów, na które wcześniej nie zwracał uwagi. Każde spotkanie, rozmowa, akt wsparcia i udzielona pomoc sprawiały mu ogromną przyjemność.

 Narrator przyznaje, że nie brakowało ludzi złośliwie odnoszących się do przemiany Scrooge’a, ale on sam o to nie dbał, ponieważ wiedział, że są tacy, którym każde nawrócenie, czyjś dobry uczynek przeszkadza jak sól w oku.

 ”Nie przestawał już z duchami, ale więcej przestawał z ludźmi, cały rok Boży żył z przyjaciółmi — z rodziną, czekał niecierpliwie dnia Bożego Narodzenia. Wspaniale obchodził tę wielką uroczystość. Wieńczył ją najlepszymi uczynkami. — Wszyscy mówili, że nikt tak nie święci Bożego Narodzenia jak Ebenezer Scrooge.
 Pragnę z duszy, aby podobnie mówiono o was — o mnie, o wszystkich ludziach!
 „Miłujcie się nawzajem“ — niech Bóg dobry, sprawiedliwy i miłościwy błogosławi nas wszystkich i okaże nam Swą łaskę.

Zwróćcie, proszę, uwagę, że narrator powyżej przemawia w pierwszej osobie. Podawałem już wyżej inne tego przykłady. Czyni tak rzadko, ponieważ jednocześnie jest narratorem wszystkowiedzącym.

I tak oto mogliśmy zapoznać się z przyśpieszonym procesem terapeutycznym opartym na wędrówce do źródeł, konfrontacji z faktami „tu i teraz” oraz wyobrażeniem sobie, co będzie dalej, kiedy bohater nie zejdzie z obranej drogi. 

Kategoria:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *