„Robinson Crusoe” a rozwój potęgi morskiej i kolonialnej Anglii

1 sierpnia, 2017 20:35 Zostaw komentarz

Wydaje mi się, że powieść Daniela Defoe zawiera wciąż niewykorzystywany w szkole potencjał. Mówiąc delikatnie, w zestawach lektur, minimach programowych, czy jak to sobie jeszcze nazwiemy, znajduje się nadreprezentacja idealistów nad pragmatykami. Dotyczy to zwłaszcza literatury ojczystej. Wyjątek stanowi krótko Wokulski, ale i on dla Łęckiej pozbywa się sklepu, a zdradzony, załamuje się i rezygnuje z udziałów w dochodowej spółce. W tekstach rodzimych autorów nurtu ziemiańskiego przestawiony jest dobrobyt zaradnego i pracowitego gospodarza, ale zmysłu do handlu w nich jak na lekarstwo, przynajmniej nikt się z nim nie afiszuje.

I oto przegapiona perła: „Robinson Crusoe”, owszem utwór o rozbitku i jego samotnej walce o przetrwanie, ale przed znalezieniem się na bezludnej wyspie i po wydobyciu z niej czytamy nie tylko o żeglarzu, ale i o przedsiębiorcy. Gdzieś dziatwa szkolna o robieniu interesów uczyć się powinna. Piszący te słowa obawia się, że niektóre lekcje przedsiębiorczości w szkole mogą wręcz do niej zniechęcić, a kto z domu nie wyniósł wzorów i zachęty do zaradności, samodzielności oraz ryzyka, temu „wykopanie” przez pracodawcę na samozatrudnienie też nie pomoże.

UWAGA: Droga dziatwo szkolna, autor pozwolił sobie powyżej na styl felietonistyczny. Określenie: wykopać kogoś na samozatrudnienie z pewnością jest przykładem stylu swobodnego i wyjątkowo tylko można sobie nań pozwalać. Cechą charakterystyczną dla felietonu jest wypowiadanie poglądów w sposób wyrazisty, ostry, nawet zaczepny, jak na przykład tutaj o lekcjach przedsiębiorczości. Podręczniki do tego przedmiotu zawierają dużo informacji formalnych, bardzo nużących i chyba nieprzydatnych. 

Prawdą jest, że dobrych pomysłów na biznes się nie sprzedaje, ale jest w historii Anglii znakomity przykład dywersyfikacji ryzyka w postaci tworzenia spółek. I z tego się już uczyć można. Jeśli kupiec podzielił swój kapitał na kilka części i wszedł z każdą z nich do innej spółki, to nawet niepowodzenie kilku nie sprowadzało na niego bankructwa. Grono kupców składało się, by wynająć statek z kapitanem i załogą, zakupić towar lub zamówić jego sprowadzenie. Statek mógł zatonąć, zostać złupiony przez piratów albo ceny towaru mogły spaść tak dalece, że po sprzedaniu go całe przedsięwzięcie przyniosło straty. Dlatego mądrzej było wchodzić z pieniędzmi do kilku przedsięwzięć. 

 

„Posiadałem wówczas czterdzieści funtów szterlingów, które mi przysłali krewni, uproszeni listem wysłanym z Londynu. Pewny jestem jednak, że większą część tej sumy dostarczyła matka moja. Idąc za radą właściciela okrętu, człowieka bardzo zacnego, nabyłem za te pieniądze różnych drobiazgów, używanych w handlu zamiennym z murzynami, i notuję tu zaraz, że podróż miała przebieg pomyślny oraz że wróciłem do Londynu z zyskiem trzystu funtów szterlingów w postaci złotego proszku. Zostałem tedy handlarzem gwinejskim i uprawiałem to przez lat kilka z coraz większym powodzeniem, gdy mnie zaś losy zapędziły do Brazylii, kupiłem tam tanio piękną plantację. Dość długo ciągnąłem z niej niezłe zyski, aż razu pewnego uległem namowie drugiego plantatora i przysposobiłem sobie okręt w celu sprowadzenia z Afryki niewolników potrzebnych nam do roboty na naszych polach trzciny cukrowej.”

Cytat z tłumaczenia Franciszka Mirandoli dostępnego na Wolnych Lekturach. W wersji tej nie ma jednak opisu spotkania z  kapitanem Smithem, który potraktował młodzieńca jako udziałowca we wspólnym przedsięwzięciu handlowym, by zachęcić go do inwestowania. Powieść Daniela Defoe poznajemy najczęściej z różnych przetworzeń oryginału.

Fragment o prowadzeniu farmy w Brazylii warto zapamiętać, ponieważ gdy Robinson powrócił po latach do Anglii, dowiedział się, że dochody z uprawy ziemi i sprzedaży płodów zostaną mu przekazane przez osoby prowadzące bez ustanku interesy w jego imieniu. W niektórych wersjach jest mowa o wspólniku, w innych o dzieciach kierownika farmy. Doszliśmy zatem do miejsca, w którym można tłumaczyć młodzieży, czym jest dochód pasywny i jakież słodkie są jego owoce. Owszem, po szkole można zapoznać się z biografią Warrena Buffeta, ale skoro już czytamy Daniela Defoe… Dochód pasywny to taki, który spływa do kieszeni przedsiębiorcy nawet wtedy, gdy on zajmuje się albo zakładaniem nowym przedsiębiorstw, albo walką o przetrwanie na bezludnej wyspie, albo cieszeniem się urokami życia.

„Wraz z rozwojem mieszczaństwa angielskiego, przede wszystkim londyńskiego, zaczęły powstawać w epoce elżbietańskiej różnego typu spółki kupieckie i kompanie, stanowiące główną podstawę organizacyjną i finansową dla angielskiej ekspansji handlowej w drugiej połowie XVI wieku.”

Henryk Zins: Historia Anglii, Ossolineum, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wydawnictwo, Wrocław, s. 155

Dodajmy, ze Robinson na swej wyspie (tak, tak, traktował ją jak swoją) pozostawił osadników, a po powrocie do Anglii rzucił się w wir interesów.

No tak, ale Robinson urodził się w roku 1632 a jego przygoda z morzem zaczęła się, gdy miał lat dziewiętnaście. Czyli była to połowa wieku XVII stulecia. Od połowy wieku XVI wiele się zmieniło.

Przede wszystkim Anglia uporała się z konkurencją największych istniejących wtedy flot i sama aż do I wojny światowej została niekwestionowaną potęgą morską. Bezpieczeństwa interesów broniły okręty wojenne. Flota stała się najważniejszą częścią sił zbrojnych, czego echem jest choćby to, że najważniejszy agent Jej Królewskiej Mości, Bond, James Bond miał stopień komandora.  

A jak tam interesy? 

W 1588 roku doszło do klęski Wielkiej Armady. Hiszpanie utracili wiele okrętów w trakcie próby rozbicia floty angielskiej. Po zwycięstwie zamierzali przeprowadzić  inwazję na wyspę swoich sił lądowych z Niderlandów.

W 1533 roku 240 kupców, z udziałami po 25 funtów szterlingów każdy, sfinansowało ekspedycję w poszukiwaniu nowych rynków zbytu dla sukna. Wobec potęgi morskiej Hiszpanów Anglicy musieli kierować się na północ. Wyprawa zaowocowała utworzeniem spółki akcyjnej do handlu z Rosją, Kompanii Moskiewskiej. Przyczynił się do tego przywilej wydany przez Marię Tudor. 

Do rozwijania handlu bałtyckiego została zorganizowana w Anglii w roku 1579 Kompania Wschodnia . Zbiegło się to z upadkiem Antwerpii, źródła zaopatrzenia dla Anglików w towary bałtyckie, a także z końcową fazą walk Anglii z Hanzą. W 1577 roku kupcy angielscy założyli Kompanię Hiszpańską, a w 1583 Kompanię Wenecką. W 1588 narodziła się kompania do handlu z Afryką nazwana Kompanią Gwinejską. Ta ostatnia zajmowała się handlem niewolnikami.

Początek przygód Robinsona zbiegł się z wydaniem Aktów nawigacyjnych w 1650 roku i 1651. Oba uderzały w konkurencję, zwłaszcza Holendrów. Pierwszy dokument zabraniał cudzoziemcom handlowania z kolonistami angielskimi. Drugi głosił, że towary pozaeuropejskie można przywozić do angielskich portów tylko jednostkami z załogą angielską . Towary z Europy mogły dowozić albo statki z kraju pochodzenia albo statki angielskie. 

(informacje zaczerpnięte z książki: Henryk Zins: Historia Anglii, Ossolineum, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wydawnictwo, Wrocław, s. 155 – 158)

Kategoria:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *