Blake Edwards: „Śniadanie u Tiffany’ego” – opis, omówienie, opracowanie, recenzja, bohaterowie

1 lutego, 2019 9:32 Zostaw komentarz

„Śniadanie u Tiffany’ego” na podstawie powieści Trumana Capote jest bez wątpienia dziełem, które ulotnić się może ze świadomości ludzi wrażliwych i lubiących kino dopiero wtedy, gdy w niepamięć odejdzie cała nasza epoka. Ma wdzięk lekkiej opowieści o ludziach młodych szukających szczęścia. Błyskotliwie portretuje śmietankę towarzyską Nowego Jorku początku lat sześćdziesiątych. Pokazuje piękne życie, o jakim wielu marzy, ale kruszy też tandetne mity dla ubogich. Wiele w tym filmie fenomenalnych zdjęć, znakomitych ujęć. Muzyka Manciniego wydaje się być czystą poezją. Bohaterowie w większości są życzliwymi ludźmi. O sukcesie decyduje jednak kreacja niebanalnej bohaterki zagranej przez Audrey Hepburn. 

Można rzec pokrótce, że „Śniadanie u Tiffany’ego” to opowieść o Kopciuszku, ale takim który jednocześnie jest księżniczką. Holly Golightly alias Lula Mae Barnes to przeurocza dziewczyna, która nie czeka na zaproszenie na bal od księcia, ale sama urządza taką imprezę, że ściągają na nią modelki, filmowcy, goście z dalekiego świata i milionerzy. Tak naprawdę żyje jednak dzięki hojności mężczyzn, którzy, gdy poprosi o drobne na toaletę, dają jej pięćdziesięciodolarowy banknot. Jest biedna, wciąż się bawi, wie, co to wściekła chandra, nie ma stałej pracy. Serce skradnie każdemu. Przed wszystkimi mimo to ucieka, goni za marzeniem, niedościgłym i chyba przez nią nieokreślonym.

Można by spytać, za co żyje faktycznie, ponieważ świetnie się ubiera, wynajmuje ze smakiem urządzone mieszkanie. Ma w sobie tyle uroku, że za samo jej towarzystwo i nadzieję na coś więcej mężczyźni, bogaci naprawdę, gotowi są już hojnie ją wynagradzać. Świadczy też pewne usługi dla mafii, dość niepoważne. Prawdopodobnie nawet nie wie dobrze, dlaczego dostaje pieniądze za stałe wizyty w Sing Singu, więzieniu, w którym odwiedza …. Sally’ego Tomato.

Holly jest otwarta, życzliwa, pogodna, tajemnicza, nieco naiwna i zazdrośnie broni swej niezależności. Doskonale pasuje do nowego centrum powojennego świata, do miasta, w którym rozkwita sztuka, wielki biznes, gdzie szukają szczęścia artyści i próbują wybić się silne, nieprzeciętne osobowości. Kiedy w połowie opowieści widz poznaje przeszłość dziewczyny, podziw dla niej tylko rośnie. W pewnym momencie jeden z dobrych duchów, którego spotkała na drodze, przybywa do Nowego Jorku, by zabrać ją do domu. Okazuje się wtedy, że była bezdomna, jako czternastolatka włóczyła się z bratem po kraju i podkradała jedzenie. Zdumiewające jest, jak wiele od tamtego czasu osiągnęła. Musiała przecież nabrać ogłady, swobody, orientacji w świecie, wyrobić sobie gust. Na pewno przetrwała, ponieważ budziła opiekuńcze uczucia i wielu jej pomagało, choć niejeden zawiedziony, niespełniony kochanek mówił, że to wariatka.

Bez wątpienia, główna bohaterka jest nieprzeciętnie inteligentna i choć wystawia do wiatru zakochanych w niej facetów i poluje na milionera przed pięćdziesiątką, nie ma w sobie cynizmu. To jakaś jej tajemnica, jakby była wyjątkowym, niepowtarzalnym dziełem Pana Boga.

Holly nie chce nikogo krzywdzić. Nawet byłemu mężowi, który zaopiekował się kiedyś rodzeństwem bezdomnych dzieciaków, mówi wprost, żeby nie zajmował się rannymi, dzikimi zwierzętami, choć tak je kocha, ponieważ gdy daje im dużo serca, to stają się silniejsze i szybko odchodzą.

Czas przyjrzeć się drugiemu z młodych do pary, czyli przystojnemu początkującemu pisarzowi z sąsiedztwa. On także znakomicie się ubiera, ma mieszkanie w dobrej dzielnicy, nie pracuje i właśnie przyleciał z Rzymu. Ktoś mógłby zawołać: co za wspaniałe miejsce, ten Nowy Jork!!! Wspominałem już, że Capote, autor powieści, sam należący do artystycznego światka Nowego Jorku, bezlitośnie potraktował popularne mity, w tym także ten mówiący o zdobywaniu uznania i sławy ciężką pracą. Paul Varjak jest utrzymankiem, męską prostytutką. Dzięki zamożnej i mającej dobre kontakty dekoratorce wnętrz wiedzie życie wygodne, a nawet beztroskie. Tak je polubił, że w jego maszynie do pisania nie ma taśmy, co główna bohaterka szybko odkrywa przy jednej z pierwszych wizyt u sąsiada.

Młodzieży wyjaśniam, że w maszynach do pisania taśma była odpowiednikiem tonera lub tuszu w drukarce.

„Śniadanie u Tiffany’ego” jest cudowną baśnią o Kopciuszku. Podtrzymuję tę opinię. Przecież bezdomny dzieciak ze wsi nie mógłby dotrzeć na szczyty, na których okręcał sobie dookoła palca dziedziców wielkich fortun i rekiny biznesu. Warstwa baśni jest tu aż nazbyt dobrze widoczna. Burzenia mitów, by zedrzeć otoczkę czaru też tu nie brak. Capote i twórcy filmu pokazują iluzoryczność i przemijalność bogactw, powierzchowność wizerunków wielu życiowych szczęściarzy.

Niemniej jednak, no niemniej jednak, jest w tym filmie prawd kilka, pakiet podstawowy, niezbędnik, który odleci z ludzkością na Marsa albo jeszcze dalej, gdy już na Ziemi żyć się nie da. Czy to także mity, czy może, przeciwnie, fundament człowieczeństwa? Szukajcie odpowiedzi sami.

Amor omnia vincit, czyli: miłość zwycięży wszystko. Rzecz kończy się szczęśliwie. To prawda numer jeden. Na miłość to już rady nie ma. Jak jest, to jest i kobieta z krwi i kości nieomylnie ją rozpozna.  

Prawda numer dwa. Mężczyzna dojrzewa, kiedy pojawi się „ona”. Tu też bez kluczenia, mylnych tropów, kombinowania, Capote wykłada sprawę kawa na ławę. Holly kupuje Paulowi taśmę do maszyny, czym daje mu do zrozumienia, że wierzy w niego i czeka na sukces. Paul jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki otrząsa się z otumanienia i lenistwa, zaczyna pisać, znajduje robotę, dostaje pierwszy czek i… no z trudem może i nie od razu, rezygnuje ze wsparcia sponsorki. Mało tego, choć kosza dostał, to wraca i wypala kapryszącej po swojemu Holly kilka zdań prawdy o niej, wyjątkowo trafionych, ale przecież to pisarz, więc jakoś spostrzegawczy powinien być.

Mówi, że jej obsesja ucieczki przed ograniczeniami, jest iluzją, ponieważ z lęku przed ludźmi zbudowała sobie klatkę, w której siedzi uparcie zniewolona, jak pospolity tchórz.

No i tak od słowa do słowa… to i kot się znalazł, i buzi sobie na do widzenia z widzem dali, i wszystko kończy się dobrze i szczęśliwie, choć piszący te słowa ma wątpliwości, czy Holly da radę w takiej monogamicznej, stabilnej sytuacji wytrzymać.

Koledzy, nie kochajcie wariatek, to nieszczęście… ale z drugiej strony, ach… jakież one piękne!

Trochę pozwoliłem sobie na lżejszy, żartobliwy ton, ale nieco ironii i kpiny z dydaktycznego przecież przekazu nie zmienia faktu, że jest pożyteczny i podtrzymuje ludzi na duchu.

Kpiłem, ale pozostaję pod wpływem czaru „Śniadania u Tiffany’ego”. Kreacja głównej bohaterki to majstersztyk powieściopisarza i scenarzysty, to zasługująca na najwyższy podziw rola Audrey Hepburn. Holly i Lula jest inteligentna, krytyczna wobec mężczyzn, nawet tych będących najlepszymi kandydatami na męża. Przesycona jest lękiem, chodzi z głową w chmurach, podtrzymuje w sobie marzenia, choć dokładnie nie wie, czego chcieć. Dary losu, które jej się trafiają, nonszalancko i bezceremonialnie odrzuca. Nawet zaaresztowana, na posterunku policji zachowuje się z gracją, naturalnym wdziękiem, roztaczając czar wszędzie wokół. Wiele pań pozujących dziś fotoreporterom na tak zwanych ściankach mogłoby za nią torby z zakupami nosić. Może by się czego nauczyły.

Lula nie chce należeć do nikogo. Swoją drogą, jakże ciekawie brzmią dziś słowa Paula o tym, że ludzie właśnie w tym, że do kogoś należą, szukają szczęścia.

Subtelnie, także dzięki grze George’a Pepparda, pokazane zostało rozkwitające uczucie, gdzieś na granicy zakłopotania, magii, schematów odgrywanych przez tych dwoje ról, zgodnie ze scenariuszem, w którym ona po prostu jest piękna, a on coraz bardziej chce się o nią zatroszczyć.

Motyw główny muzyki Henry’ego Manciniego powrócił w kinie w filmie Pedro Almodovara „Złe wychowanie”. Odegrał tam ważną rolę, nie tylko dzięki liryzmowi, ale też związanym z melodią słowom. Warto się im przyjrzeć osobno.

„Księżyc”, „rzeka księżycowa” to budziciele snów, ale Johnny Mercer, autor tekstu wpisał weń pewien subtelny dystans, krytyczną samoświadomość podmiotu. Wszak naturalny satelita Ziemi nazwany został „łamaczem serc”, „starym twórcą marzeń”. Często widziano też nawiązanie do klasycznej powieści młodzieżowej Marka Twaine’a w wyrażeniu: „Huckleberry friend”, choć to naprawdę echo z dzieciństwa autora. Rzeka i dwaj przyjaciele kojarzą się na pewno z „Tomkiem Sawyerem”.

I taka mi się tu nasuwa refleksja. Cóż wzruszało najbardziej w postaci Hucka Finna? Jego dzielność. Sypiał w beczce, na cmentarzu, nie szukał niczyjej pomocy, jadł co popadnie. Żalił się kiedyś komuś?

Holly tylko raz wpada w furię: kiedy przychodzi wiadomość o śmierci brata. Sama dobrze poznała biedę, może dlatego do końca nie ufa mirażom bogactwa. I może Ameryka mogła kochać taki film z takimi bohaterami, którzy byli dzielni i mężni, ponieważ pamięć o wielkim kryzysie lata trzydziestych i wielkiej wojnie była świeża. Życiem cieszyć mogą się naprawdę ci, którzy znają jego wartość. Co mówią o Ameryce współczesne filmowe opowieści?

„Śniadanie u Tiffany’ego” zachowuje swoją naturalną siłę dzięki barwnym sylwetkom postaci drugoplanowych i epizodycznych. Rozbawione nowojorskie towarzystwo przyjmuje z otwartymi ramionami wszystkich, którzy mają klasę, są uprzejmi, potrafią się bawić, a o pieniądze nie dbają. Jest tu zatem oligarcha z Brazylii, być może przyszły prezydent tego kraju, gwiazdy branży rozrywkowej i ktoś z samej górki listy najbogatszych.

Nie brak tu humoru, żartu, atmosfery przygody i beztroski. Królowa balu, Holly, nie dba o to, czy jutro znajdą się pieniądze na zapłacenie rachunku. Zawsze jakieś spadną z nieba.

Tylko pan Yunioshi, sąsiad z góry, chyba Japończyk, nie uczestniczy w zabawach. To postać komiczna, swoją drogą nie zdziwiłbym się, gdyby to ona właśnie posłużyła Igorowi Kwiatkowskiemu z kabaretu Paranienormalni jako inspiracja do wykreowania Kryspina. Podobieństwo uderzające.

W centrum uwagi pozostaje przede wszystkim Audrey Hepburn i zagrana przez nią Holly/Lula. Ta bohaterka i jej kreacja, tak świeża i niepowtarzalna. Na pewno to, co najważniejsze u podstaw, zawdzięcza powieściopisarzowi, Trumanowi Capote. On ją wymyślił bądź wypatrzył na nowojorskich spotkaniach, imprezach, na ulicach lub w barach.

Piękna, inteligentna, zwycięska i zagubiona. Kompletnie zatopiona w marzeniach i znająca w całej dosłowności grozę życia, unosząca się na powierzchni wzburzonego oceanu, prawie zawsze uroczo uśmiechnięta. Rozrabiaka, na którą nie można się gniewać.

P.S.

Ale to były czasy! Piękne kobiety jako swój życiowy cel i obowiązek uważały bycie pięknymi. Wywiązywały się sumiennie. Najważniejszymi atrybutami urody był uśmiech, delikatność, wdzięk i inteligencja. Ach, było, minęło… a może to tylko film? No dobrze, żartowałem, dziś nie jest znowu tak źle, choć na wulgarność i pospolitość ponarzekać trochę sobie musiałem.

Jeśli masz ochotę wesprzeć finansowo działanie tego serwisu, przyczynić się do jego rozwoju, możesz dokonać wpłaty/przelewu na konto firmy: Sztuka Słowa PL, Tomasz Filipowicz.

Nr: 15 2490 0005 0000 4500 8617 6460 

Tytułem: SERWIS EDUKACYJNY 

Kategoria:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *