Harper Lee: „Zabić drozda” – opis, omówienie, analiza, recenzja, opracowanie

9 sierpnia, 2018 19:05 Zostaw komentarz

 kadr z filmu na podstawie powieści

Wprowadźcie dziecięcych bohaterów do miejsca, gdzie kryzys gospodarczy wywołał skrajną nędzę, gdzie szykuje się lincz na niewinnym mężczyźnie i poruszający opinię publiczną proces, gdzie umierająca sąsiadka jest uzależniona od morfiny, opiekunka małego przyjaciela – od alkoholu, a w pobliżu mieszka ofiara religijnego fanatyzmu i znęcania się rodzica nad nastolatkiem. I wyobraźcie sobie, że można ufundować na tym powieść o wychowaniu, sprawiedliwości, szlachetności, ciepłą i pełną humoru. 

„Zabić drozda” jest dziełem, którego centrum świata stanowią mali ludzie i to nie tylko dlatego, że Smyk ma lat dziewięć, a jej brat, Jeremy trzynaście i to z ich punktu widzenia oglądamy Maycomb z jego mieszkańcami. 

Utwór jest jedną z tych niezwykłych powieści, w których narrator patrzy na świat oczami dziecka, i choć spisuje opowieść po czasie i ma już umiejętności i szerokie spojrzenie dorosłego, to zachował wiele z samej siebie mimo upływu lat.

W pewnym stopniu wiele ważnych wydarzeń toczy się tu wokół dzieci i w związku z nimi, wliczając osobę Boo Radleya i jego historię mającą ważne dla bohaterów konsekwencje. Smyk albo Skaut, w zależności od tłumaczenia, ma taką naturę, że potrafi sprawić, iż pewne ciągi zdarzeń zmieniają swoje kierunki, by z musu zacząć wirować wokół tej małej, rezolutnej, nieco nieznośnej dziewczynki.

Smyk nie pamięta dawno zmarłej mamy. Wychowuje ją, bardzo mądrze zresztą, ojciec nazywany po imieniu Atticus, poczciwy prawnik i szlachetny człowiek, Calpurnia, czarnoskóra kucharka i pomoc domowa, następnie w kolejności to chyba Smyk sama siebie wychowuje, a dalej według rangi wpływu na ten proces: brat Jem, panna Maud z sąsiedztwa i całe miasteczko .

„Zabić drozda” jest książką o sztuce wprowadzania małych ludzi w skomplikowany świat dorosłych, wypełniony trudnymi do zrozumienia obyczajami, nawykami, uprzedzeniami, schematami postępowania. Większość reprezentowanych w powieści przedstawicieli starszego pokolenia okazuje szacunek młodszym, dostrzegając ich wrażliwość i starając się nie wystawiać jej na zbyt ryzykowne próby. Wypadki biegną jednak swoim torem i Atticus podjąć musi decyzję narażenia dzieci na szykany ze strony skrajnie konserwatywnej części społeczności Maycomb. Ma mimo to poczucie, że jego niegodziwość, tchórzostwo, niepodjęcie wyzwania obciążyłyby w przyszłości syna i córkę jeszcze bardziej. Mogliby kiedyś wstydzić się z powodu jego oportunizmu i wygodnictwa. Atticus zaimponuje każdemu z czytelników. Ma bowiem ogromne poczucie odpowiedzialności za to, z czym pozostawi młode pokolenie na przyszłość. Nie stara się stworzyć dla Jema i Smyka sztucznego świata. Wyrastają na dzielnych, prawych ludzi dzięki temu, że mają odważnego, sprawiedliwego, potrafiącego ze stoickim spokojem patrzeć nawet na swoich wrogów, ojca.

Długo zastanawiałem się nad tym, na czym polega niezwykła siła tego utworu i chcę podkreślić to, że chyba tajemnica tkwi w fakcie, że to wokół słabszych, nie tylko dzieci, osnuta jest fabuła. Oprócz Smyka, Jema i Dilla jest Artur Radley, ofiara domowej przemocy, pani Henry Lafayette Dubose umierająca staruszka, wrażliwa panna Maud, Tom Robinson i jego rodzina, nawet pan Dolphus Raymond, który dla tak zwanego świętego spokoju udaje uzależnionego od alkoholu, by niechętna mieszanym małżeństwom społeczność po prostu wytłumaczyła sobie łatwiej jego sposób na życie.

Jak to bywa w dobrych powieściach, autorka dawkuje nam niespodzianki z niebywałą regularnością. Są rozłożone równomiernie w ciągu całej opowieści. Wielokrotnie odwracane są znaki wartości. Najczęściej, kto się wydaje zły, okazuje się dobry albo jeszcze lepszy niż sądziła narratorka, Smyk. Tak jest choćby wtedy, gdy dokuczająca wielokrotnie dzieciom pani Dubose, obrażająca je i ich ojca nazwana jest przez tego ostatniego najdzielniejszą osobą, jaką znał. Dlaczego? A przeczytajcie sami.  Niektórzy nikczemnicy, oczywiście, nie dają się  poznać od jaśniejszej strony.

Dzieci są najważniejsze w utworze. Głównie dlatego, że to w ich oczach muszą przejrzeć się dorośli i zdać sprawę przed swoimi sumieniami. Jedni wyjdą zwycięsko z tego sprawdzianu, a inni… szkoda gadać. Istotne jest nie tylko, kto występuje w roli protagonisty w „Zabić drozda” i dzieli się z czytelnikiem swoim oglądem rzeczywistości. W powieści nie brak intrygujących postaci epizodycznych spośród kilkulatków. W Maycomb dziatwa dorastała szybko. Potomkowie prymitywnych farmerów żyli w brudzie, z dala od szkoły, poza prawem, na krawędzi egzystencji. Inni od najmłodszych lat ciężko pracowali w gospodarstwach. Niejedno tam doświadczało głodu lub niedożywienia. Poczucie odpowiedzialności i szybko spadająca na osobowości powaga dodaje barw postaciom, niekiedy budzi uśmiech, ale wydaje się naturalną konsekwencją tak zwanych „trudnych czasów” i warunków. Smyk dziwi to, że jej ojciec, Atticus z zaproszonym na obiad małym Cunninghamem rozmawia o zbiorach, farmie, jak z dorosłym. Ten malec już jest dorosły.

Naprawdę porusza ta część opowieści, kiedy kolega Finchówny, mały Chuck otacza opieką młodą nauczycielkę, pannę Caroline, a Smyk mówi, że należał do tych, którzy naprawdę nie wiedzieli, kiedy zobaczą coś do jedzenia, ale był w każdym calu dżentelmenem. Sama Skaut bardzo na pierwszej lekcji starała się pomóc niesionej poczuciem edukacyjnej misji pani, która poruszała się w nowym środowisku szkoły w Maycomb jak słoń w składzie porcelany. Jak to bywa często, wykazawszy mimo woli pannie Caroline brak orientacji w życiowych sprawach, Smyk dostała od niej „po łapach”.  

Opis szkoły, „nowatorskich” metod nauczania, irytacji młodej pedagog z powodu tego, że Smyk, czyli Jeanne Louis posiadła dawno umiejętności, których ona właśnie chciała ją nauczyć, to źródło jednej z wielu odrębnych przyjemności ofiarowanych przez pisarkę czytelnikowi. Systemy oświaty nie tylko dziś i u nas są przyczyną bólu głowy części przynajmniej uczniów i ich opiekunów. Atticus w trakcie przemowy w sądzie nawiązał do słów Thomasa Jeffersona o równości ludzi, by nakłonić przysięgłych do kierowania się tą wartością przy uzgadnianiu decyzji w sprawie Toma. Jednocześnie w formie pobocznej uwagi, skrytykował powoływanie się na zasadę równości w szkole.

„Najbardziej niedorzecznym przykładem tej tendencji, jaki przychodzi mi do głowy, jest traktowanie przez władze oświatowe uczniów głupich i leniwych na równi z mądrymi i pracowitymi… bo przecież wszyscy ludzie są stworzeni równymi, twierdzą z powagą luminarze edukacji, a dzieci pozostawione w tyle straszliwie cierpią z powodu kompleksu niższości. My jednak wiemy, że ludzie nie są stworzeni równymi w takim sensie, jaki niektórzy usiłują nam wmówić. Niektórzy są mądrzejsi od innych, niektórzy rodzą się z większym potencjałem, niektórzy zarabiają lepiej od innych, niektóre panie pieką smaczniejsze ciasta.”   

Te słowa są mi naprawdę bliskie, a to z tego powodu, że uważam, że jedynym i ostatnim miejscem na świecie, w którym próbuje się zrealizować utopijną wizję równości, jest szkoła. Efekt to frustracja nauczycieli, uczniów, rodziców. Jeśli ktoś nie chce się uczyć, trzeba mu dać wolny wybór. Kto wie, może wtedy wiele młodych osób zajmie się z przekonaniem i zaangażowaniem rozwojem swoich ukrytych talentów?

Wielkim atutem powieści są sylwetki małych bohaterów nakreślone z ogromnym znawstwem zachowań i natury dzieci. Dill, przyjaciel Finchów, a nawet narzeczony Smyka widzi, że nikt z najbliższego otoczenia go nie chce, że jest niewidoczny dla opiekunów. Decyduje zatem, by wyjechać do Maycomb, ucieka z domu. Bierze, można powiedzieć, sprawy w swoje ręce. Ocenia też właściwie ciotkę i jej niewielkie kompetencje w zakresie sprawowania nadzoru i poczyna sobie najrozsądniej, jak można…. Ciotka wypija pokaźne ilości whiskey… ponieważ boi się węży w szafach…

Nieświadomi zagrożenia i okrucieństwa dorosłych mali bohaterowie powieści bez swojej woli i wiedzy znajdują się pewnego lata w samych środku narastającego konfliktu w Maycomb, gdzie toczy się proces niewinnego Toma Robinsona, czarnoskórego, łagodnego fizycznego pracownika, męża i ojca, przeciwko któremu stają tworzący patologiczną rodzinę Ewellowie, żyjący na wysypisku śmieci na koszt miasta. Wśród mieszkańców szybko formują się dwie grupy: ci którzy chcieli sprawiedliwego procesu, zasmuceni nikczemnością oszczerców i zaniepokojeni wysokim prawdopodobieństwem orzeczenia przez ławę przysięgłych winy Murzyna, a w konsekwencji wymierzenia kary śmierci, oraz ci, którzy chcieli krwi jeszcze zanim zebrał się sąd, biernie poddający się stereotypom, nie do końca świadomi obrońcy reguły dominacji białych nad kolorowymi… Według nich, słowo czarnoskórego z zasady warte było mniej niż białego.

Odsłanianie tajemnic w „Zabić drozda”, mówiąc uczenie: strategia narracyjna, dawkowanie zagadek i ich rozwiązań jest tak naturalne i zajmujące, ponieważ dostęp do wiedzy z naturalnych także względów narratorka, czyli Smyk ma ograniczony. Nie od razu wiąże fakty, skutki z przyczynami, choć bardzo wiele zauważa, ponieważ jest spostrzegawcza i bystra. Dorośli próbują, jak to bywa zazwyczaj, chronić świadomość malców przed brutalnymi faktami i ponurymi prawdami o ludziach, ale to i owo czasem im się wymsknie, a Smyk już to sobie dobrze zapamięta, jak choćby uwagę Calpurni o starym panu Radleyu, że umarł najnikczemniejszy z ludzi.

Czytelnik czerpie za to przyjemność w zwiększonych dawkach, gdyż często swoją zdolnością rozumienia narratorkę wyprzedza, co nie znaczy, że odbiera mu się istotny element zaskoczenia i tajemnicy.

Dzieci w tym świecie, czasem przypadkiem, niekiedy z ogromną konsekwencją, naprawiają wiele błędów dorosłych, wyręczają ich mimo woli lub na skutek splotu okoliczności, które muszą się spleść, gdy dzieciarnia ma dużo czasu, energii, opiekunowie nie mogą poświęcić im zbyt wiele uwagi, a dookoła nudno.

Krytycy, staram się czasem ich sobie wyobrazić, mogliby powiedzieć, że „Zabić drozda” wpisuje się w pewną lewicową tradycję, wyrazisty i modny nurt intelektualny. Akcja toczy się w środowisku konserwatywnych farmerów, pokrzywdzeni, ale też ci, za którymi ujmuje się autorka, to biedacy, dzieci, czarnoskórzy, upośledzeni psychicznie. Do przemocy, oczywiście, zdolni są przede wszystkim mężczyźni, dorośli, pełnosprawni i biali. Niby to prawda, ale od tej strony patrząc, nie ma w dziele Harper Lee jakiejkolwiek prostackiej jednoznaczności. Smyk leje chłopaków, kiedy chce zakończyć dyskusję na swoją korzyść. Dziewczynki nieco szybciej rozwijają się i z przewagi fizycznej skwapliwie czasem korzystają. Grozę budzi pani Dubose, a do pozytywnych bohaterów na pewno nie należy miejscowa plotkara, Stephanie Crawford. Źródłem udręk dla małej Smyk jest także ciotka, Alexandra, która stara się wychować ją na damę, a uważa to za swoją misję zwłaszcza wobec faktu nieobecności w życiu dziewczynki jej nieżyjącej mamy.  

Wśród dorosłych mężczyzn są nikczemnicy i osobniki prymitywne, ale Atticus to szlachetny prawnik, natomiast sędzia, wymierzający sprawiedliwość rozbrykanym młodzieńcom, po prostu posyła ich do dobrej szkoły z internatem, czyli wydaje wręcz Salomonowy wyrok. Calpurnię adwokat traktuje z szacunkiem, wdzięcznością i w sporach między Smyk a pomocą domową ta pierwsza nie ma co szukać u ojca poparcia.  

Wspaniale zachowują się szeryf, Heck Tate, wydawca lokalnej gazetki, pan Underwood, Dolphus Raymond, sędzia, a nawet prokurator w trakcie procesu z wyraźnym niesmakiem pełniący swe obowiązki. Nie spisują się, niestety, ławnicy. Atticus cały czas stara się tłumaczyć malcom, dlaczego prawo działa tak niedoskonale… dlaczego ludzie potrafią zachować się podle. Sam nie chowa urazy, nie mści się, nie odgrywa na nikim. Ze stoickim spokojem znosi to, że przez niektórych nazywany jest „kochasiem Murzynów”, a nawet to że Ewell go opluł. Smuci adwokata natomiast fakt, że podobnym nieprzyjemnościom muszą stawić czoła jego dzieci. Traktuje całą sytuację jako element wychowania. Woli, by malcy znosili takie przykrości niż wstyd kiedyś w przyszłości z powodu tchórzostwa ojca.

„Zabić drozda” to przede wszystkim bardzo ciepła powieść o tym, jak poznawać świat, uczyć siebie i innych delikatności, nie śpieszyć się z ocenami, widzieć, że brutalność i nienawiść płynie często z niewiedzy i głupich przyzwyczajeń. Powieść wyrasta z troski autorki o wszystkich tych, którzy mogą znaleźć się na poboczach ludzkiej wspólnoty, czy to przez kryzys ekonomiczny, czy brak wykształcenia, czy chęć znalezienia łatwej ofiary, która poniesie ciężar pokuty za winy kogoś innego.

Wśród jej dorosłych bohaterów są osoby naprawdę nieludzko potraktowane i skrzywdzone. Utwór nie jest, jako się rzekło, propagandową historyjką, jak to nie wolno wyrządzać zła. Brzmi silnym  głosem pisarki wypowiedzianym przeciwko przemocy, ale dzięki świetnie skonstruowanej postaci narratorki i subtelnymi kreskami rysowanemu obrazowi świata, do wniosków, a nawet tak zwanych „nagich faktów” dociera się stopniowo. Smyk na pewno nie wpisuje się w sylwetkę poważnego moralizatora.

Jest nieco naiwna, bardzo energiczna, wszędobylska, ciekawska, nieposłuszna, ale widać już u niej i brata mocno zaznaczone, dzięki wychowawcom, Atticusowi przede wszystkim, filary etycznej pryncypialności.

„Zabić drozda” przynależy do szerokiego, ważnego nurtu w literaturze amerykańskiej i kinie, w którym pokazuje się człowieczeństwo osób upośledzonych. Wśród pozycji tego zbioru należy wymienić „Myszy i ludzi” Steinbecka, „Rain Mana” Barry’ego Levinsona, „Serce to samotny myśliwy” Carson McCullers , „Forresta Gumpa” Roberta Zememckisa na podstawie książki Winstona Grooma, „Co gryzie Gilberta Grape’a” Lasse’a Hallströma na podstawie  książki Petera Hedgesa.

Twórczość Amerykanów w tej dziedzinie ma doniosłe znaczenie, nie muszę wyjaśniać. Wiele jej zawdzięczamy. Europejczycy nie mogą tradycyjnie zadzierać nosa, chwaląc się głębszymi korzeniami kultury. Powinni nawet nieco spuścić z tonu.

Jest też we współczesnym filmie i piśmiennictwie dająca do myślenia obserwacja na temat okrucieństwa wyrastającego z fanatycznej, w wielu przypadkach, protestanckiej religijności i wypływającej zeń skrajnie surowej obyczajowości. Wspomnę „Przełamując fale” Larsa von Triera, „Strzał w serce” Mikala Gilmore’a, „Fanny i Aleksander” na podstawie scenariusza Bergmana.

Spotkanie z „Zabić drozda” to świetna okazja do wyjaśnienia młodzieży, czym była segregacja rasowa w USA, skąd się wzięła, czym różniła się kultura i społeczna tkanka w południowych stanach od obyczajów, struktury społecznej w stanach północnych. Tu już pół kroku do tematów wojny secesyjnej i zwożenia niewolników przez Europejczyków z Afryki. W niektórych przypadkach wręcz niemożliwe jest zrozumienie powieści Harper Lee bez wprowadzenia powyższych zagadnień.

Warto też skorzystać z lektury, by wyjaśnić młodzieży, czym był wielki kryzys gospodarczy, jakie były jego przyczyny i jakie gałęzie gospodarki ucierpiały w jego wyniku najmocniej.

Zadałem tę lekturę na wakacje pannie szykującej się do egzaminu na koniec ósmej klasy. Jestem ciekaw, jak przyjęła tę lekturę?

 

Kategoria:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *