John Steinbeck: „Na wschód od Edenu” – omówienie, opis, recenzja, analiza, opracowanie

22 lipca, 2018 18:07 Zostaw komentarz

Wspaniała opowieść o dziejach dwu rodzin, Hamiltonów i Trasków, które złączył los. Nade wszystko jednak historia uniwersalna, moralitet, tekst, którego autor stara się dotrzeć do największej wartości, jaką nosi w sobie człowiek, odkrywając jednocześnie przyczyny zła, okrucieństwa i nienawiści, do jakich jest zdolny. 

Kiedy chłonie się „Na wschód od Edenu”, ma się wrażenie, że niektórzy bohaterowie stają obok pogrążonego w lekturze czytelnika jak najwierniejsi przyjaciele. Są tak wyraziści, pełni życia i prawdy, troskliwi i delikatni. Powieść Steinbecka dzięki całym pokładom zawartej w niej mądrości nasunęła mi myśl,  że może nie tylko Biblia jest tekstem natchnionym. Może powstało jeszcze dużo takich ksiąg, a my po prostu nic o tym nie wiemy.

Na jednym z uniwersyteckich wykładów, czy nie bodaj księdza profesora Szostka, usłyszałem, że Biblia to opowieść o dziejach zmagań dobra i zła. Bóg stworzył świat i widział, że jest dobry. Do raju wkradł się jednak szatan, a pierwsi ludzie zostali skazani na życie z dala od Stwórcy, z całym szeregiem dolegliwości. Bóg zesłał potop, by zetrzeć zło z planety, ale nie na wiele się to zdało. Apokalipsa, ostatnia z ksiąg mówi o ostatecznych zmaganiach Boga z siłami ciemności. Wewnętrznym kośćcem powieści Steinbecka jest historia Starego i Nowego Testamentu.

Jest w tym utworze jakaś rzadka odwaga autora stawiania bohaterów wobec niezwykłych prób. To w większości farmerzy, żołnierze, domowe gospodynie, ale też mocne osobowości, szukające w dotykających ich trudach, niekiedy kataklizmach uzasadniającego wszystko sensu. Mają w sobie wiele z postaci Starego Testamentu. Cathy była nieczuła i bezwzględna niczym Salome. Gdyby odkryto jej zbrodnie, kilka razy mogłaby zawisnąć na szubienicy. Adam Trask odniósł wrażenie, że ojciec złożył go w ofierze niczym Abraham Izaaka, wysyłając do służby w wojsku. Spędzony tam czas był dla chłopca stracony, bezużyteczny, podczas gdy to jego brat, Karol nadawał się do koszar i walki o wiele bardziej. Samuel Hamilton, Chińczyk Li dzielą się spostrzeżeniami o człowieku, rozświetlając tajemnice istnienia niczym autor Psalmów, twórcy księgi Koheleta i Hioba. Abra może być przeciwieństwem matki bliźniaków. Nie jest czysta, nieskalana jak Maria z Nazaretu, ale ma moc przywrócenia Kaleba do życia. Częściowo naprawia skutki nieszczęść, całego pasma tragedii, które wydarzyły się na skutek postępowania żony Adama. Widać analogię do Ewy i Matki Boskiej.

Chociaż Li reprezentuje naród o ogromnej wiedzy i kulturze, podjął studia biblistyczne, by właściwie wyjaśnić znaczenie historii o Kainie i Ablu. Kiedy dostępne tłumaczenia go nie satysfakcjonowały, rozpoczął naukę hebrajskiego.  „Na wschód od Edenu” najbliższa jest właśnie tej opowieści z księgi Genezis, o zazdrości i bratobójstwie. Mówi bowiem o boleśnie przeżywanym, dramatycznym splocie braterskiej więzi z lękiem przed utratą miłości rodzicielskiej i odrzuceniem.

Oczywiście, wspomniane konteksty są nienatrętne, autor ich nie narzuca. Stanowią jedną z warstw gleby, na której gospodarują ludzie. Pamiętajmy przy tym, że bohaterami powieści są ludzie prości, żyjący na prowincji, związani z ziemią, rolnicy, rzemieślnicy, służący.

Wszystkowiedzący narrator zachwyca głębią przemyśleń, poczuciem humoru, ujawnia od pewnego momentu swoje rodzinne parantele z bohaterami. Nie potępia nawet najbardziej przesiąkniętej złem, demonicznej prawie Cathy.

„Jest rzeczą obojętną, czy Cathy była tym, co nazwałem potworem. Może nie potrafimy jej zrozumieć, ale znów z drugiej strony sami jesteśmy zdolni do wielu rzeczy absolutnie rozbieżnych – do wielkich cnót i wielkich grzechów. Któż nie sondował kiedyś czarnych wód własnej duszy?”

Jak widać, narrator przemawia wprost, przedstawia swoje przekonania tak, jakby uznał, że stworzone przez niego postaci to za mało, by podzielić się z czytelnikiem przemyśleniami. Oto próbka jego credo:

„Rodzaj ludzki jest jedynym rodzajem twórczym i posiada jedyne twórcze narzędzie: indywidualny umysł i duch człowieka. Nic nigdy nie zostało stworzone przez dwóch ludzi. Nie ma dobrej współpracy czy to w muzyce, czy w sztuce, w poezji, matematyce czy filozofii. Kiedy już się dokonał cud tworzenia, grupa go może rozbudować i rozszerzyć, ale nigdy niczego nie stworzy. Skarb ten spoczywa w samotnym umyśle człowieka.”  

Steinbeck przestrzega przed krępowaniem samodzielności jednostek, przed ograniczaniem ludzkiego umysłu. Widział już w latach pięćdziesiątych XX wieku to poważne zagrożenie w postaci kolektywizmu i masowości. Przyjemnie zaskakują odbiorcę jego słów spostrzeżenia celnie ujmujące naturę zjawisk, które wzbudzają dziś niepokój tak zwanej publicznej opinii. Samuel pod koniec życia, kiedy czuje nadchodzący kres życia, dzieli się z towarzyszem uwagą o tym, że gdyby zapewnić komuś wszystko, co jest potrzebne, przyodziać, nakarmić, umieścić w pięknym domu, to ktoś taki najpewniej umrze z rozpaczy. Ileż razy czytamy o śmierci gwiazd mediów, które pochłonęły nałogi lub które odebrały sobie życie od razu, nie w systemie ratalnym?

„Na wschód od Edenu” to także opowieść o dzielnych ludziach, którzy ciężką pracą wywalczali sobie prawo do życia w nowym kraju i budowali bezpieczeństwo, przyszłość dla swoich dzieci.

„Kiedy państwo Hamiltonowie przyjechali do doliny, nie mieli nawet nocnika, żeby się odlać. Musieli wziąć, co zostało – rządowe grunty, których nikt nie chciał. Na dwudziestu pięciu akrach takiej ziemi krowa nie wyżyje nawet w dobry rok, a w złe lata nawet kojoty się stamtąd wynoszą. Ludzie mówią, że nie mają pojęcia, jak Hamiltonowie wytrzymali.”

Za sukcesem powieści, jej nieprzemijającą wartością stoją także spostrzegawczość autora, jego zmysł analityczny i stała uwaga narratora wyprzedzającego skojarzenia, opinie, wyobrażenia czytelnika, by od razu, z góry potwierdzać je bądź wykpiwać i utrącać. Świetnie czyta się opisy rozwoju zajmowanych przez osadników terenów i ich „cywilizowania”. Pisarz mówi nawet o pewnym szablonie rozwoju nowego kraju. Na początku pojawiają się odważni i silni pionierzy, których nazywa nieco dziecinnymi, prostymi i naiwnymi. Po nich przybywają kupcy i prawnicy rozstrzygający spory własnościowe, dokonując najczęściej przywłaszczeń, rozsądzając niejasności na swoją korzyść.  Za nimi pojawia się kultura, i tu proszę się nie obrazić, w postaci dwu instytucji: kościoła i domu publicznego. Steinbeck pokazuje walki sekt, jak je nazywa, czyli odłamów religijnych.

„Prawda, że sekty zwalczały zło, ale też z niezwykłą zajadłością zwalczały się między sobą. (…) I każda mimo swego zarozumialstwa przynosiła to samo: Pismo Święte, na którym zbudowana jest nasza moralność, nasza poezja i sztuka, i nasze wzajemne stosunki. (…)  Przyniosły też sumienie czy raczej zbudziły drzemiące sumienia ludzkie. Nie były czyste, ale miały w sobie potencjał czystości, podobnie jak przybrudzona biała koszula.”

Nie można Steinbecka posądzać o dewocję, równie daleko znajduje się od tandetnego moralizatorstwa.

I oto jeszcze próbka prozy, by mogli Państwo zobaczyć tę pasję autora w docieraniu do prawdy, w unikaniu stereotypów. Korzystajmy też z jego poczucia humoru.

„Uczciwi kaznodzieje mieli energię i rozmach. Walczyli z szatanem, stosując wszelkie chwyty, z kopaniem i wybijaniem oczu włącznie. Może wyobrażacie sobie, że wywrzaskiwali prawdę i piękno, podobnie jak foka w cyrku wygrywa hymn narodowy na ustawionych rzędem trąbkach. Jednakże coś z owej prawdy i piękna zostało, a hymn można było rozpoznać. Sekty zrobiły też coś więcej. Stworzyły strukturę życia towarzyskiego w Salinas. Wieczerze wydawane przez kościoły były matkami klubów towarzyskich, podobnie jak czwartkowe odczytywanie wierszy pod zakrystią stało się protoplastą teatrzyku.”

W powieści pełno jest takich obyczajowych obserwacji pomagających zrozumieć, jak rozwijały się Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, przyszłe supermocarstwo, hegemon na arenie międzynarodowej.

Duńskie dziewczyny, córki niedawno przybyłych rolników pracowały w gospodarstwach jako służące, by nie tylko zarobić na utrzymanie i wspierać rodzinę, ale także by uczyć się języka, chłonąć obyczaje, kulturę, „subtelności wykwintnego życia w Salinas”. Później stawały się wysoce pożądanymi kandydatkami na żony i od nich wywodzi się niejeden znakomity ród.

Dowiadujemy się też, w jakiej sytuacji najczęściej znajdowali się przywożeni do pracy do Ameryki Chińczycy.

Urzekające są opowieści i rozważania mędrca Li, a wśród nich to, w którym wyjaśnił Samuelowi, co myśli o profesji służącego, którą bardzo sobie chwalił. Widział w niej ucieczkę dla filozofa i chleb dla próżniaka, ale także zajęcie, które może przynieść niemałe korzyści, a nawet władzę nad pracodawcą.

Choć Samuel Hamilton gospodarował na pozbawionym wody surowym skrawku ziemi, potrafił podzielić się z Adamem Traskiem takim wyznaniem: „Mieliśmy farmę w Connecticut. Przez sześć pokoleń wykopywaliśmy tam kamienie. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie mi zostały  w pamięci, było zwożenie kamieni na ogrodzenia. Uważałem, że wszystkie farmy są takie. Tutaj wydaje mi się jakoś dziwnie i prawie grzesznie. Gdyby ktoś potrzebował kamienia, musiałby za nim chodzić kawał drogi”.

Poczucie winy należy do najważniejszych tematów tej powieści. Poczucie winy mocno spojone przecież z poczuciem sprawiedliwości. Bracia rywalizujący ze sobą, mimo narastającego w nich gniewu, nawet rozpaczy z powodu braku miłości rodzica, nie chcą siebie skrzywdzić wzajemnie, choć czynią to, by później cierpieć bez nadziei na przebaczenie. Dzieci biorą na siebie winy rodziców.

Młodzi Traskowie okaleczają siebie psychicznie z powodu oszustw i kradzieży ojca, Cyrusa. To samo spotka dzieci Adama Traska, Kaleba i Arona z powodu zła, jakie wyrządziła matka ich ojcu.

Oto co na temat biblijnej opowieści o Kainie i Ablu mówi Li:

„Moim zdaniem to najbardziej znana historia na świecie, ponieważ jest historią każdego człowieka. Uważam ją za symboliczne dzieje duszy ludzkiej. (…) Największą zmorą dziecka jest obawa, że może nie być kochane, a odtrącenie jest piekłem, którego się lęka. Sądzę, że każdy na świecie w mniejszym lub większym stopniu doświadczył tego uczucia. A z odtrąceniem przychodzi gniew, z gniewem jakaś zbrodnia czy zemsta, ze zbrodnią zaś wina – i oto jest historia ludzkości”.

Steinbeck posiada niezrównaną umiejętność obserwacji i opisu natur i typów ludzkich. Prawdziwie korzysta z tego daru, gdy ukazuje dzieci Samuela i rodzinę Trasków.  Są wśród nich marzyciele, idealiści, ale też twardzi ludzie interesu, kobiety przeznaczone wprost na żonę i dziewczyny samodzielne, niezależne. Jakże różnią się od siebie Kaleb i Aron, Karol i Adam, Adam i Cathy?  Adam, człowiek wielkiej dobroci, chyba całe życie niosący ciężary ponad siły, niezdolny do cieszenia się fortuną, skazany na wieczny niedosyt miłości, przelał na Cathy całe swoje pragnienie kochania. I nie mógł gorzej wybrać.

Abra, ukochana Arona, a później Kaleba została obdarzona niezwykłą mocą skruszenia zła, u którego początków były zbrodnie Cathy. Li widzi w niej dobroć, ciepło i siłę. Traktuje jak córkę.  

Samuel to myśliciel i wynalazca, rzemieślnik potrafiący rozwiązać niemal każdy techniczny problem, a przez swoją otwartość, łagodność i dobroduszność skazany na biedę i pozwalający się wykorzystywać, niemający praktycznego zmysłu, sprytu.

Są też pracowniczki i pracownicy domu publicznego, szeryfowie, rozwijający się przedsiębiorcy, spekulanci, mechanik samochodowy mozolnie wyjaśniający nowym właścicielom forda, jak uruchomić silnik. Warto przeczytać, żeby wiedzieć, z jakich ułatwień, niemalże komfortu korzysta dziś dysponent kluczyka i stacyjki.

Kiedy Li na końcu powieści zastanawia się nad przyczyną trudnych kolei losu wielu szlachetnych, wartościowych osób, przyrównuje Boga do starego rzemieślnika, który przez całe swoje życie starał się wykonać naczynie doskonałe, lekkie i trwałe, z najszlachetniejszego materiału. Tworzywo poddawał zawsze próbom ognia, a wytwory jego rąk pękały, zamieniały w popiół. Li pyta, czy twórca, który o niczym nie marzył, jak tylko o doskonałym dziele swoich rąk, na koniec swego życia zrezygnuje z wysiłku i wyrzeknie się nadziei na ostateczny sukces? Łatwo domyślić się, że to swego rodzaju przypowieść o Bogu i człowieku.

Steinbeck z kolei to ktoś, kto nie może wyrzec się, w dążeniu do prawdy o człowieku, swojej wiary w to, że jest jednak dobry. Tę wiarę w dobro człowieka i dobro Boga wyraża poprzez czyny i słowa bohaterów. Samuel tłumaczy w osobliwy sposób to, dlaczego klaczy nadał imię Doksologia. Warto sprawdzić, co znaczy to słowo. Otóż jego koń był nie tylko nieudany fizycznie, brzydki, ale także naznaczony fatalnym charakterem. Poczciwy Samuel uznał, że chociaż imię szkapa powinna dostać szlachetne.

Li przyznaje, że ludzie są niewydarzeni, kłótliwi, gnuśni, ale przecież gdyby byli tylko tacy, gdyby te słowa niosły całą prawdę o rodzaju ludzkim, to dawno zniknąłby on z powierzchni planety.

„Na wschód od Edenu” to także opowieść o wielkiej przyjaźni, która jest wysublimowaną miłością, historia o ludziach inteligentnych i mądrych, mających do siebie dystans, znajdujących wytchnienie w rozmowach zamieniających się w intelektualne uczty, pomimo surowej przyrody, spadających na barki nieszczęść, ciężaru codziennych trosk, harówki na ziemi, z której rodzą się skromne owoce.

To dobro i mądrość zwyciężają, choć nad większością dziejów Trasków unosi się zło, mrok, dezorientacja i zagubienie. Adam, by tu wspomnieć tylko jego przeszłość, po pozostawieniu armii włóczył się po kraju, był trampem, nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca, został skazany za włóczęgostwo. Tylko na krótką chwilę uwolnił się od depresji.

Kluczem do tego powieściowego filozoficzno-religijnego traktatu jest słowo timszel, którego znaczenia z taką determinacją szukał Li.

P.S. Uwaga, miłośnicy książek: 747 stron znakomitej lektury!!!

P.S. II

Z wczesnego dzieciństwa pozostały mi w pamięci niektóre sceny z filmu Elii Kazana na podstawie powieści „Na wschód od Edenu”. Głęboko zapisały się, a może stały formą dla odczuć, z którymi niemal przychodzimy na świat: lęku przed złem, które jest tak wielkie, że niepojmowalne i tęsknoty za uwagą i uznaniem rodziców. Wpis poświęcony powieści musiał zatem powstać. Może przyjdzie czas na spłacenie długu wobec filmu.

Cytaty pochodzą z wydania Sp. z o. o. Prószyński Media, Warszawa 2011, z tłumaczenia Bronisława Zielińskiego.

ZDJĘCIA:

Pierwsze od góry przedstawia żyzny płaskowyż Lassithi plateau na Krecie położony średnio ok. 850 metrów nad poziomem morza… piękna równina wysoko w górach niedaleko jaskini, w której ponoć urodził się Dzeus (jednej z dwóch na Krecie).

Drugie zdjęcie pokazuje, jak na cierpiącej na deficyt opadów Lanzarote rolnicy radzą sobie, by pozyskać wilgoć niezbędną do uprawy winnej latorośli. Na kamiennych parawanach wokół sadzonek skrapla się w nocy para wodna i zasila glebę. 

Samuel kopał studnie i projektował wiatraki. Na swojej ziemi, jak na ironię, zmagać się musiał z deficytem wody. Zdjęcia oddają atmosferę świata powieści. W Kaliforni jeszcze nie byłem. 🙂 

Kategoria:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *