Gustaw Herling Grudziński – Wieża

14 czerwca, 2017 8:46 Zostaw komentarz

„Wieża” Gustawa Herlinga Grudzińskiego to utwór należący do nurtu chrześcijańskiego egzystencjalizmu. Jest to też jedno z najbardziej misternie skonstruowanych arcydzieł współczesnej polskiej prozy. Autor ukazuje w nim bohaterów w chwilach najcięższej próby, przed którą może stanąć człowiek, dotkniętych przez los, ale też w pewien sposób obdarowanych, ponieważ pojawiają się przybysze, współczujący i wiele rozumiejący, którzy potrafią ich historie odkryć dla innych i opowiedzieć.

Autor „Innego świata”, więzień łagrów, żołnierz walczący pod Monte Cassino, żyjący długie lata we Włoszech podejmuje w „Wieży” temat tajemnicy życia, którego sens tak trudno sobie wyobrazić, gdy przed cierpiącym nie ma już żadnej nadziei i skazany jest na dożywotnią samotność. Tęskni wtedy za uwolnieniem, za głosem innych ludzi, odrobiną zainteresowania. Szuka ukojenia w kontemplowaniu natury, lekturach, marzeniach, które nie mogą się spełnić. Nade wszystko zanim osiągnie stan rezygnacji, staje się dla wielu przykładem niezwykłego heroizmu, a czasem przeciwnie: rozpaczliwie pragnie śmierci.

Grudziński w oryginalny sposób posługuje się kompozycją szkatułkową. Prowadzi równolegle dwie narracje, nadrzędną i zaczerpniętą z książki Françoise-Xavier de Maistre’a: „Trędowaty z miasta Aosta”. Wplata też szereg relacji, wyznań osób trzecich, przytacza legendę z Gór Świętokrzyskich, odwołuje do Kierkegaarda, średniowiecznych dokumentów, lokalnych podań, Starego Testamentu.

Bardzo często badam z uczniami początek tego opowiadania, zachęcając, oczywiście, do przeczytania całości. Analizy tekstów najlepiej uczyć się na dziełach mających kompozycję przemyślaną w najdrobniejszych szczegółach.

Oto po kampanii włoskiej, latem 1945 roku pracownik misji wojskowej, żołnierz wojsk alianckich przyjeżdża do małego domku w dolinie Aosty. Mężczyzna chce skorzystać z urlopu. To zarazem główny, nadrzędny narrator opowiadania. Jego znajomy pozwala mu zatrzymać się w budynku, którego poprzedni mieszkaniec zmarł. Historię tego człowieka w dalszej części czytelnik pozna lepiej, a także otrzyma wiarygodną relację z ostatniego dnia jego życia.

Narrator jest osobą obdarzoną ogromną empatią. Na podstawie śladów pozostawionych przez nieżyjącego gospodarza powoli buduje atmosferę miejsca i delikatnie odsłania tajemnice nieżyjącego właściciela. Dostrzega pajęczyny, liszaje wilgoci… ale również sztychy, których jednego autora bezbłędnie rozpoznaje. To Piranesi. Dzieje się coś niezwykłego. Narrator okazuje się nie tylko wnikliwym obserwatorem, ale również erudytą. Przytacza bowiem z pamięci, jak możemy przypuszczać, uwagi Aldousa Huxleya na temat sztychów Piranesiego, które „wyrażają doskonałą bezcelowość: schody nie prowadzą donikąd, stropy nie podpierają niczego”. Inne dzieło nieznanego autora pozostawiło na obserwatorze jeszcze bardziej przygnębiające wrażenie niż Piranesi. Narrator dostrzega także książeczkę, która jest tak wymięta, brudna i zatłuszczona kroplami stearyny, że można bez trudu rozpoznać w niej ulubioną lekturę samotnego nauczyciela z Turynu.

De Maistre to autor owej lektury i rozmówca trędowatego, młodego człowieka, którego poznał i swoją życzliwością zachęcił do wyznań. De Maistre to drugi narrator opowiadania, ponieważ ten pierwszy obszernie go cytuje, a potem przejmuje jego powieść, relacjonując zwierzenia trędowatego. Niejedno łączy obu tych obserwatorów rzeczywistości. Obaj widzieli wojnę. Autor „Le Lépreux de la cité d’Aoste” to oficer wojsk sabaudzkich, który w Aoście znalazł się w okresie kampanii alpejskiej 1797 roku. Przypadkiem trafił do miejsca przymusowego osadzenia nieszczęśnika, który musiał znosić wszelkie cierpienia osoby, jakiej cały bieg życia został naznaczony bólem, samotnością i bezsensem już na samym jego początku.

Wojskowy w roku 1945 poznaje z kolei losy samotnika, w którego domku się znalazł i którego ulubioną książką była praca de Maistre’a. Emerytowany nauczyciel z Turynu stracił w wyniku trzęsienia ziemi całą bliską rodzinę. Trzymał się z dala od ludzi, w ciągu ostatnich sześciu lat życia widziano go w wiosce kilka razy. 

Możemy się tylko domyślać, że poświęcający jakże wiele uwagi losom dwóch tak nieszczęśliwych mieszkańców Doliny Aosty żołnierz – erudyta sam niejednego już musiał w życiu doświadczyć. Chciał odpocząć, ale przecież mógł wybrać miejsce, gdzie miałby towarzystwo, jakieś rozrywki. Jak sam przyznaje, zdarzało się, że przez całe dni nie widywał ludzkiej twarzy.

Przytoczmy jeszcze za jego pośrednictwem słowa hrabiego Flemminga, ambasadora Prus w Królestwie Neapolu. „Mawiał często, że nie ma na świecie człowieka, który w największej nawet rozpaczy nie poczuje się w porównaniu z owym Trędowatym prawie zadowolony z życia, nazywał opowieść o nim Pocieszycielką Nieszczęsnych i ponieważ sam padał niejednokrotnie ofiarą zgryzoty i goryczy, nie rozstawał się z nią nigdy niby z ampułką wiecznie kojącego balsamu”.

Czy „Wieża” jest dziełem przygnębiającym? Przeciwnie. Wydaje mi się mieć niewyczerpane wręcz pokłady mądrości, która zawarta jest nie w moralizatorskich sentencjach, ale w opisie zmagań bohaterów ze skutkami otrzymanych od losu ciosów, a także w wyważonych słowach wrażliwych żołnierzy różnych epok występujących w roli narratorów.

Grudziński wzbogaca swoją prozę o dokumenty, kulturowe konteksty, nadaje jej często cechy reportażu. Jak zostało powiedziane na początku, wymowa dzieła wpisuje się w nurt egzystencjalizmu chrześcijańskiego. Ukazany jest w nim absurd istnienia, ból codzienności, strach przed śmiercią odczuwany przez kogoś, kto jednocześnie nie widzi sensu życia. Wszystkiego tego doświadczają jednak ludzie wychowani w duchu chrześcijaństwa, którzy niekiedy wadzą się z Bogiem, a czasem widzą w nim jedyne źródło pocieszenia, sprawiedliwości, prawdy i nadziei, niczym biblijny Hiob.

Kategoria:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *