Kurt Vonnegut: „Rzeźnia numer pięć” – omówienie, analiza, opracowanie, interpretacja

27 listopada, 2017 22:32 Zostaw komentarz

O czym jest powieść Kurta Vonneguta? O pisaniu powieści, o zmaganiu się z tematem, dla którego trudno znaleźć gładką, zamknięta, gotową formę, o siłowaniu się z przeżyciem, ze śladami w pamięci i o próbie odnalezienia tego, co nazywamy rdzeniem człowieczeństwa. Nade wszystko o bezradności i osobistych dramatach weteranów wojennych, którzy nie mogli poukładać sobie życia w cywilu. 

 Wpis ten poświęcony będzie także komizmowi, temu, czym jest i jaką rolę pełni. „Rzeźnia numer pięć” to bowiem nie tylko klasyka literatury antywojennej, ale też znakomity przykład zastosowania czarnego humoru.

Jeśli już nie wiesz, co masz zrobić, czujesz się absolutnie bezsilny, roześmiej się światu w twarz. To jedyne, co ma jakiś sens w chwili desperacji.

Moją intencją jest też pokazanie między innymi licealistom szykującym się do egzaminu maturalnego na poziomie rozszerzonym i realizującym program ib, jak analizować prozę. Vonnegut jest mistrzem.

Oto próbka w tłumaczeniu Lecha Jęczmyka:

Wszystko to zdarzyło się mniej więcej naprawdę. W każdym razie wszystko to, co dotyczy wojny. Pewien facet, którego znałem osobiście, został naprawdę rozstrzelany w Dreźnie za kradzież czajnika. Inny z moich znajomych naprawdę odgrażał się, że po wojnie załatwi swoich osobistych wrogów przy pomocy wynajętych morderców. I tak dalej. Nazwiska pozmieniałem.

Zwróćcie, proszę, uwagę na elementy stylu nieformalnego, mowy potocznej: „mniej więcej”, pewien facetw każdym razie”, „załatwi”, „i tak dalej”. Ten bezpretensjonalny styl zrównuje pisarza z czytelnikiem, prezentuje bohatera jako jednego z nas, jednego z wielu.

Bezpretensjonalność w mówieniu o śmierci, zbrodni wojennej, ludobójstwie jest jednak niestosowna. Vonnegut sięga po groteskę, która z natury rzeczy polega na łączeniu elementów do siebie niepasujących. W świecie utworu niewiele jednak wydarzeń, zjawisk, zachowań daje się powiązać bez zbijania ich na siłę. Jak bowiem wytłumaczyć spalenie i zaduszenie tysięcy cywilów w mieście niemającym żadnego strategicznego znaczenia dla działań wojennych? Jak wyjaśnić wyrok sądu polowego dla żołnierza niezdary, gdy cwańsi od niego szmuglowali z Europy szlachetne kamienie? Może więc groteska to forma najodpowiedniejsza?

Pełen tytuł brzmi: Rzeźnia numer pięć

Czyli krucjata dziecięca

Czyli obowiązkowy taniec ze śmiercią

Wszystko wyjaśnia. Obowiązkowy taniec? Nikt jej przecież nie uniknie. Pisarz nawiązał do danse macabre. Krucjata dziecięca? Jedno z najbardziej absurdalnych wydarzeń z dziejów Kościoła. Do Ziemi Świętej w średniowieczu wyruszyły dzieci, ponieważ ich niewinność, bezgrzeszność rzekomo okazać się miała najlepszą bronią przeciwko niewiernym. Większość z nich zmarła z głodu lub została sprzedana w niewolę.

Rzeźnia? To słowo kojarzy się z hekatombą, z masowym mordem. Ma też prozaiczne, choć także naznaczone paradoksem, powiązanie z faktami z biografii autora. Jako jeniec wojenny, amerykański żołnierz znalazł się w Dreźnie jako przymusowy pracownik w fabryce. Cudem przeżył bombardowanie Drezna przeprowadzone przez lotnictwo amerykańskie i brytyjskie.

Oczywiście, polski czytelnik może wzruszyć ramionami, czytając o tragedii mieszkańców stolicy Saksonii. W Warszawie artyleria niemiecka i lotnictwo doprowadziły w samym tylko wrześniu 1939 roku do śmierci dwukrotnie większej liczby cywilów niż alianci w wyniku nalotu dywanowego w lutym 1945. Pomyślmy jednak o amerykańskim żołnierzu, który przybył do Europy, będąc po jasnej stronie mocy, by pokonać wcielone zło. Vonneguta o mało co nie zabili jego własni towarzysze. Ocalał zamknięty w rzeźni, miejscu, gdzie raczej można życie stracić. To ów paradoks, o którym wspomniałem.

Nawet angielski historyk, Paul Johnson, gotowy uznać zrzucenie bomb atomowych na Nagasaki i Hiroshimę za akt humanitaryzmu, dla nalotów na Drezno nie znalazł żadnego uzasadnienia i usprawiedliwienia. Nie miały sensu. Były bezcelowe, zasługują na miano zbrodni wojennej.

Powieść Vonneguta, mimo trudnego tematu, czyta się lekko. Autor ujmuje szybko czytelnika za serce swoją szczerością, od początku wyznaje, jak mu niełatwo szło pisanie o przeszłości. Nie ukrywa, jak szukał wsparcia kolegów, jak wydzwaniał do nich po nocach z butelką alkoholu w ręce, jak nie potrafił pogodzić się z nonsensami, jak choćby tym, że spalono całe miasto, a marnego „piechocińca” za kradzież czajnika postawiono przed plutonem egzekucyjnym. Pisze, jak korzystał z kredek córki, by ułożyć plan powieści i o tym, jak obserwował wymianę jeńców między Rosjanami a Amerykanami, sztuka za sztukę. Opowiada o swojej pracy po wojnie, o rozmowach z psem, o poszukiwaniu informacji w odpowiednich urzędach na temat nalotów na Drezno. Widzimy jego zmaganie z tematem, bezradność, niemoc.

Czasem, żeby łatwiej pogodzić się z niepowodzeniem lub stratą, mawiamy „zdarza się”. Vonnegut też to czyni, ale jest to przejaw jego czarnego humoru. Podsumowuje w ten sposób lekturę fragmentu Biblii o zniszczeniu przez Boga Sodomy i Gomory, zamienienie żony Lota w słup soli, przypadkową i głupią śmierć byłego żołnierza w windzie i wiele innych tragedii.

Na początku roku 1968 grupa optyków, wśród których był także Billy, zamówiła specjalny samolot, aby udać się z Ilium na międzynarodową konferencję optyków do Montrealu. Samolot ten rozbił się o szczyt góry Sugarbush w stanie Vermont. Wszyscy prócz Billy’ego zginęli. Zdarza się.

Podczas gdy Billy wracał do zdrowia w szpitalu w Vermont, jego żona zmarła na skutek przypadkowego zatrucia tlenkiem węgla. Zdarza się i tak.

Komizm podobno ma źródło w wielkim smutku. Tę opinię zapamiętałem jako pochodzącą od Moliera. Przychodzi mi na myśl właśnie przy lekturze „Rzeźni numer pięć”. Wybuch śmiechu, kiedy już nic innego rozsądnego nie można zrobić, to forma obrony przed absurdem świata. Każdą śmierć Vonnegut uznaje za absurdalną.

Kiedy żona O’Hare’a, przyjaciela z okresu wojny mówi głównemu bohaterowi, pisarzowi, że jako żołnierze byli jeszcze dziećmi, naprowadza go na refleksję o dziecięcej wyprawie krzyżowej. Autor podejmuje na krótko ten wątek. Sięga do książek.

A potem O’Hare przeczytał taki kawałek:

„I jakież wspaniałe rezultaty przyniosły wszystkie te wojny? Europa poświęciła miliony ze swoich skarbców i krew dwóch milionów swoich mieszkańców po to, by garstka kłótliwych rycerzy uzyskała sto lat panowania nad Palestyną!”

Opowieść pierwszoosobowego narratora, pisarza przenosi się z postaci na postać, tematu na temat dość swobodnie. Jej głównym szlakiem jest jednak wojna, jej okrucieństwo i śmieszność, przypadkowość zdarzeń, ludzka krzywda i różne formy obronnych zachowań wobec absurdu przemocy i swobodnie szalejącej śmierci. Na pewien czas bohaterami głównymi stają się Roland Weary i Billy Pilgrim, pomocnik kapelana. Ten ostatni, chyba na skutek dramatycznych przejść, wytworzył w swojej wyobraźni alternatywny świat, opowiadał później, że został porwany na inną planetę przez jej mieszkańców, Tralfamadorczyków. Tu utwór Vonneguta nabiera cech science-fiction. Po co ta odmiana? Może żeby pokazać, że sytuacje wytwarzane przez ludzi na wojnie są bardziej niewiarygodne niż świat na Tralfamadorii, w którym czas nie płynie, a stoi w miejscu.

Billy spotyka zresztą podczas wojny w Europie samego narratora, przedstawiającego się jako autora tej książki, który cierpi na taką biegunkę, że ma wrażenie, że w wojskowej latrynie  pozbywa się przez kiszki wszystkiego, nawet własnego mózgu. Autoironia to także wielki atut powieści. 

Akcja dzieła raz toczy się w trakcie II wojny światowej, kiedy indziej w powojennym czasie w Ameryce, niekiedy na planecie Tralfamadoria, czyli w wyobraźni bohatera. Znajdziemy w niej realistyczne, satyryczne obrazki z życia społeczeństwa Stanów Zjednoczonych, fantastyczny świat powstały w chorym umyśle żołnierza oraz epizody i sytuacje wojenne, których jednoznacznie nie sposób określić, tyleż w nich absurdu, co realizmu. Vonnegut szydzi i kpi z Niemców, Anglików, Rosjan i swoich rodaków chętnie i często. Ukazuje rzeczywistość w krzywym zwierciadle.

Powieść jest świadectwem osobistych przeżyć człowieka, którego kultura i wychowanie nie mogły przygotować do doświadczeń żołnierza. Utwór jest swoistym trenem, opłakiwaniem zmarłych, których cierpienie i śmierć nie miały żadnego sensu, nic nikomu nie przyniosły. Nie ma znaczenia, czy byli to cywile, żołnierze, czy dziecięcy pielgrzymi z epoki wypraw krzyżowych. Pomimo specyficznego humoru autor pozostawił nam tekst bardzo poważnie traktujący opisywane przez autora wydarzenia.

Vonnegut korzysta z ironii, by sprzeciwić się ostro lekceważeniu ofiar i zbrodni. Pokazuje, że często dotyka nas znieczulica. Nie chcemy pamiętać i akceptujemy nonszalancję, z jaką nasz gatunek traktuje życie.

Autor korzysta z formy science-fiction, zbliża się do gatunku literackiego reportażu na temat pisania książki, często cytuje wypowiedzi różnych osób, czy to zasłyszane, czy zapisane i opublikowane. Pochyla się ze współczuciem nad prostymi żołnierzami, często niezbyt mądrymi, naiwnymi, żałosnymi w swej prostocie i nieprzygotowaniu na wielką życiową próbę. Powiada, jakby za Piłatem: „Ecce homo”, oto człowiek. To porównanie wprowadziłem nieprzypadkowo, ponieważ próba reinterpretacji ofiary Chrystusa też w tej powieści się znalazła. Autor szeroko bardzo spogląda na temat cierpienia, ofiary, mordu i akceptacji dla zła w kulturze Zachodu.  

„Rzeźnia numer pięć” jest napisana lekko, z humorem, ale śmiertelnie poważna, kryje głębię nawet w pojedynczych zdaniach, nie pozostawia czytelnika obojętnym. Jej narrator to zwykły, skromny człowiek, a nie wojenny bohater. To ktoś, w kim wojna zostawiła ślady, ale zamiast wrażliwość odebrać, tylko ją wyostrzyła.

Dziś, kiedy znów myślę o „Rzeźni”, zastanawiam się, jak wielkie znaczenie może mieć dla nas dożywające swoich dni wojenne pokolenie. Prawdopodobnie dopiero jego odejście uświadomi nam, jak wielki wpływ wywarło na nasze życie. Kto wie, jak wiele mu zawdzięczamy.

Kategoria:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *